wtorek, 10 stycznia 2023

Styczniowa codzienność

Wyczaiłam okazję, Storytel za 17,50 pln full pakiet, jestem szczęśliwa, bo moja dotychczasowa aplikacja do audiobooków przestała mnie satysfakcjonować, wszystko z niej co wartościowe już mam przez te kilka lat odsłuchane, a nowości dodają wolniej niż słucham, poza tym dużo jest tam literatury przez malutkie l, co nawet nie wiem, czy literaturą można nazwać, bo chodzi o produkcje niejakiej Świst, Banach, Mirek, Rogozińskiego itp. Nie czytam tego typu książek. Co prawda mam ją za darmo, więc nie likwiduję, ale Storytel mnie na ten moment rajcuje, bo wreszcie mogę sobie do woli posłuchać opowieści Wajraka i pani Iwony Kienzler, którą kocham za jej książki biograficzno-historyczne. Oczywiście książki te można także czytać w postaci ebooka, ale ja do czytania mam mnóstwo papierowych. Te do słuchania są dla mnie idealnym rozwiązaniem na czas prania, sprzątania, jazdy samochodem, spacerów  psem i... biegania:) Tak, do biegania. Bo nieco biegam. Zależy od dnia i od pogody: od małej pętelki 2,5 km przez średnią 6,4 km, po dużą czyli 9,8 km. Tylko na tej małej dam radę cały czas biec, na tych dłuższych jest to marszobieg. Zazwyczaj zabieram psa, więc biegnę do czasu, kiedy musze się zatrzymać, aby poczekać na piesę, potem znów trochę biegnę i tak w kółko. Na tę krótką trasę jej nie zabieram. Biegam od dwóch tygodni, prawie codziennie. Mam trzy cele: nabrać kondycji, zrzucić nieco wagi (przez ostatnie dwa tygodnie kilogram mniej) i potrenować do Biegu Rzeźnika:) Mam takie marzenie, aby w czerwcu pobiec w Bieszczadach na 12 lub 16 km:) Oczywiście, jeśli zdrowie dopisze i nie okaże się, że siadły mi kolana lub kostki, które bardzo się przy bieganiu obciążają, a od zawsze to  były moje "pięty achillesowe". Na razie trwam w postanowieniu i mam nawet kilkoro kibiców:) Wspiera mnie syn i córka, i synowa, i bratowa, i kolega, i nikt mnie nie zniechęca i nie demotywuje, a nawet wręcz przeciwnie. Jestem im wdzięczna:)

W ostatni weekend  byliśmy w Lasach Janowskich na jasełkach w osadzie Kochany. Znów, jak w roku ubiegłym jechaliśmy jakąś dziwną trasą, bo tam trafić jest naprawdę trudno:) Jednak impreza wynagrodziła niedogodności drogi.

Zdjęcia z telefonu, wyszły jakie wyszły:)





Było bardzo wesoło, muzyka, duże ognisko, żywe zwierzęta - osiołki, wielbłądy, konie... drobny poczęstunek... dwie godziny jasełek i herodów. Oczywiście, najbardziej podobał się diabeł:)

Drugiego dnia pojechaliśmy do miasta na spacer i na coś słodkiego. Mnóstwo pięknych kawiarenek, pubów, restauracji. Zszokowała mnie kolejka na deptaku - około 30 osób ustawiło się do okienka pączkarni. Za dużo zachodu, żeby się w tę kolejkę ustawić, ale kiedyś trzeba będzie spróbować tych niewątpliwych pączkowych cudów, choć osobiście ich za bardzo nie lubię. 



Mimo to, któregoś dnia będąc w mieście kupiłam dwa pączki, choć nie planowałam. A było to tak, że poszłam do sklepu piekarniczego, a przede mną stał w kolejce jakiś starszy emeryt. Zapytał ekspedientkę, po ile są najtańsze pączki. Kiedy podała mu cenę, zawahał się i zrezygnował. I jakoś tak odruchowo bez zastanowienia zaproponowałam, żeby poczęstował się moim pączkiem, poprosiłam panią o dwa i wyciągnęłam pudełeczko do pana. Wtedy już zrobiło mi się gorąco ze stresu, bo przyszło mi do głowy, że może się obrazi, że poczuje się upokorzony. Najpierw się zawahał, więc postawiłam pudełeczko na stoliczku w kącie, usiadłam i powiedziałam, że zrobi mi przyjemność, jeśli zechce ze mną usiąść. Pan się namyślił, usiadł, zjadł pączka, coś tam pogadaliśmy o dżdżystej pogodzie i pan wyszedł, a ja podeszłam do lady i dopiero zrobiłam zakupy. Poniewczasie przyszło mi do głowy, że takie spontaniczne zaproszenie mogło być źle zrozumiane. Ale co to za czasy, że człowieka nie stać na jednego pączka, masakra jakaś!
Tego dnia byłam w mieście "po nic", jak to mówi  moja wnuczka. Poszłam się poszwędać po centrum, wygnał mnie jednak rzęsisty deszcz.













Pewnego zimowego dnia na niebie pojawiła się tęcza:)


A w domu mam wiosnę:)


No i tak mijają mi dni, niby nic spektakularnego, ale codziennie coś się dzieje. Jutro też dzień zajęty cały, bo po pracy zgodziłam zaopiekować się najmłodszą wnuczką, żeby oboje rodzice mogli spokojnie wyjść z maleńkim wnuczkiem na jakąś kontrolę zdrowia. A że chodzą do lekarza prywatnie do poradni na drugim końcu miasta, to ze trzy godziny im zejdzie. Już się zastanawiam, czym zajmę 4-letnią dziewczynkę w tym czasie:) Potem muszę wstąpić do budowlanego, bo wymyśliłam sobie inne fugi w podłodze w przedpokoju, mam w planie sama je położyć, trochę się stresuję:) Będę malować ściany w przedpokoju, więc tak przy okazji chcę poprawić  wygląd płytek ciemniejszą fugą. 
Tymczasem pora spać, bo jutro wstaję do pracy wyjątkowo o 5.30, to już za  kila godzin.
Jak zwykle, dobranoc i dzień dobry:)

czwartek, 29 grudnia 2022

Brodacze

 Grażynko, specjalnie dla Ciebie:) 

ps. innych zainteresowanych też zapraszam:)

Pomiędzy 29 a 31 grudnia sławatyccy Brodacze wychodzą na ulice i żegnają stary rok. Są ubrani w piękne, kolorowe czapki z ręcznie wykonanymi kwiatami z bibuły oraz długimi wstążkami, na sobie mają kożuchy z baranicą na zewnątrz, na twarzach mają ręcznie wykonane ze skóry maski i oczywiście długie brody z lnianego włókna. Na nogach mają słomianki, które na koniec obrzędu są palone w ognisku przez wszystkich Brodaczy, co ma symbolizować ostateczne pożegnanie się ze starym rokiem. W 2021 roku zwyczaj ten został wpisany na krajową listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego, tworzoną przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Brodacze ze Sławatycz pretendują teraz do zaistnienia na liście tradycji chronionych UNESCO:)


























Oprócz łazikowania po ulicy, brodacze wzięli udział w konkursie na najpiękniejszy stój. Nagrodą dla zwycięzców jest wycieczka do parlamentu Europejskiego w Brukseli:)  Do konkursu przystąpiło 9 brodaczy, oprócz nich publikę zabawiały dwa "żydki" i dwie "baby" :) Było wesoło:) Dodam, że strasznie ciężko było sfotografować Brodaczy, bo cały czas byli otoczeni tłumem i prawie każdy chciał się z nimi sfotografować. A jak uciekł który na chwilę od gromady ludzkiej, to zazwyczaj skakał, szalał i krzyczał i ani go było uchwycić aparatem:)




Wracałam przy takim niebie. 

Jadąc do Sławatycz odwiedziłam jeszcze inne fajne miejsca, i łosia widziałam, ale o tym następnym razem. Dzień rozpoczęty wcześnie zakończyłam wieczorem 2-godzinnym koncertem kolęd i pastorałek w stylu gospel i dopiero niedawno wróciłam do domu,  jestem przyjemnie skonana, a jutro wstaję o 6.00. Zatem spokojnej nocy i ... dzień dobry:)