Dwa dni temu wieczorem, gdy wieś już spała, a wiatr odleciał w nieznanym kierunku, piesa wyprowadziła mnie na spacer. Mamy we wsi taki stary park. Jest tam kilka pomnikowych drzew i wydeptane ścieżki. Nie ma żadnej parkowej infrastruktury, bliżej temu parkowi do niewielkiego lasku. Wieczorem lubię tam chodzić. Czasem przestraszy nas tam sarna, czasem jakieś wielkie czarne ptaszysko:) Tym razem była totalna cisza. Prawie. Bo oto stanęłam ja, stanęła też piesa bez ruchu i w moje uszy wdarł się delikatny szelest. Raczej nawet taki mikro szelest. Trudno mi było odnaleźć źródło dźwięku. Był on prawie jak omam słuchowy. Przemieściłam się kawałek - to samo. Jeszcze kawałek - bez zmian. Coś szeleściło na identycznym poziomie decybeli. Schyliłam się. To szumiała ściółka z zeszłorocznych liści. Pod ściółką wyraźnie widać było młode zielone rośliny. To stąd był ten dźwięk, one po prostu rosły i wypierały ściółkę, stąd ten delikatny szelest. A rano, po kilkunastu godzinach park wyglądał tak:
Rośliny rosną szeptem
W czasie ostatnich kilku dni codziennie po 2-3 godziny spędzałam na działce. Jest susza.
Przygotowałam miejsce pod pierwsze zasiewy. Na szczęście wczoraj w nocy wreszcie spadło nieco deszczu, jednocześnie - niestety - bardzo obniżyła się temperatura. Czeka nas tydzień niepogody. Może to i dobrze, bo planowałam weekendowy wyjazd, a zapowiedzieli się goście. Po przemyśleniu sprawy zdecydowałam się przenieść wyjazd na inny termin, bo wędrowanie w deszczu przy temperaturze kilku stopni do przyjemnych nie należy. Zatem będzie domowe ciepełko i wyżerka, eh... ta wyżerka to mój grzech główny. Niby mieszczę się w te same ubrania, ale sadełka coraz więcej, starość nie radość:)
Kiedy jeszcze była słoneczna pogoda, zrobiłam sobie wycieczkę na pogranicze Roztocza, w okolice miejscowości Frampol. Teraz to właściwie skromne miasteczko. Kiedyś idealne miasto. Wystarczy spojrzeć na układ ulic:
Prawda, że piękna pajęczynka :)? Frampol założony w 1705 roku przez Franciszka Butlera, pod koniec XVIII wieku miał aż siedem jarmarków. Stał się jednym z ulubionych celów osadnictwa żydowskiego - w 1880 r. ilość mieszkańców wynosiła 2154 osoby, w tym 1189 Żydów. Niestety w 1869 roku, Frampol będąc już przejętym przez Księstwo Polskie, utracił prawa miejskie, nie mogąc się podnieść po okupacji rosyjskiej.
Ćwiczebny nalot bombowy Luftwaffe we wrześniu 1939 roku spowodował zniszczenie 90 % miasta, którego jednak mieszkańcy nie opuścili - co więcej, odbudowali je po wojnie i kroczek po kroczku, odzyskali w 1993 roku prawa miejskie. Po osadnictwie żydowskim zostały tylko resztki cmentarza.
Miasteczko samo w sobie nie jest aż tak atrakcyjne, aby planować przyjazd do niego z daleka. Ja jednak lubię atrakcje nieoczywiste. Chętnie poczytałam o historii miasteczka, zwiedziłam je oraz najbliższe okolice.
Kirkut z 1736 r. na którym w czasie II wojny światowej rozstrzelano społeczność żydowską (52% ówczesnej ilości mieszkańców), a resztę wywieziono do obozów koncentracyjnych. Na tym nieco już zaniedbanym cmentarzu leży w zbiorowej mogile ponad 1000 ciał zamordowanych Żydów.
Bardzo ładnie zagospodarowany zalew. Spędziłam trochę czasu wygrzewając się na plaży, świetny relaks:)
Zespół kościoła parafialnego p.w. M. B. Szkaplerznej i św. Jana Nepomucena, murowany w latach 1873 - 1878, neogotycki. W tym kościele moja córka brała ślub, choć to ani jej ani niezięcia parafia i kawał drogi od nas. Chcieli mieć wesele w Lasach Janowskich, to mieli, a do tego akurat kościoła było niedaleko i bardzo im się podobał. Ile to już lat temu było...:)
Dawna plebania, drewniana, koniec XIX wieku. Zabytkowe kolumny przy wejściach do plebanii pochodzą z pobliskiego pałacu, który znajdował się w Woli Kąteckiej.
Liczne stare domy, no i ładne okolice.
Po drodze wystąpiłam też do Goraja, odległego o kilka kilometrów. Historia miejscowości, która od roku znowu jest miastem, jest równie ciekawa jak Frampola, a może nawet ciekawsza. O obu miasteczkach napiszę więcej na drugim blogu, jak tylko znajdę chwilę wolnego czasu.
Kolejną wycieczkę po kilku dniach zrobiłam w przeciwnym kierunku. Bardzo ciągnie mnie na szlak starych cerkwi, ale to jest dwa kroki od ukraińskiej granicy, więc nie chcąc sobie dodawać stresu pojechałam zobaczyć pewien rezerwat w okolicach Chełma. Niestety, było to wielkie rozczarowanie. Rezerwat miał być bagienny, wiec spodziewałam się jakichś wież widokowych albo kładek, lecz nic z tego. No i pora roku dodatkowo obniżyła atrakcyjność miejsca. Jednak wyjazd nie poszedł na marne, bowiem znalazłam wśród pól w Czułczycach stary cmentarzyk prawosławny, a cmentarze, jak wiadomo, bardzo lubię oglądać:)
Na cmentarzu zachowały się nagrobki charakterystyczne dla stylistyki sepulkralnej prawosławia Cesarstwa Rosyjskiego. Do dziedzictwa ukraińskiego należą pochówki i nazwiska zmarłych osób, ale nie nagrobki. Rozumiecie ? Ukraińcy wyraźnie na każdym kroku odcinali się od jakichkolwiek związków z Rosją. To nigdy nie były bratnie narody. I nadal nie są. Cokolwiek by o tym nie myśleć, nacjonalizm zawsze miał się dobrze w Ukrainie.
Zdjęcie pochodzi z ogromnego nagrobka rodziny Bejdów. Bejdowie byli znaczącym rodem bogatych ruskich chłopów czułczyckich. Wiadomo, że w 1793 roku członek bractwa cerkiewnego Kiryk Bejda ofiarował parafii funt topionego srebra na 4 narożniki dla oprawy Ewangelii . W 1818 roku greckokatolicki paroch Sawina, Jewstachij Grzegorzewski, w inwentarzu wyposażenia cerkwi i plebanii w Czułczycach wymienił Iwana Bejdę, którego pole graniczyło z plebańskim. W innym inwentarzu, z 1846 roku, wynika, że we wsi istniało bractwo cerkiewne, któremu współprzewodniczył Józef Bejda. Franciszek Bejda miał lub obsiewał tyle pola, że w latach 50. ze wszystkich stron otaczały one zabudowania plebanii. Przedstawiciele tej rodziny do dziś zamieszkują Czułczyce. Grobowiec z 2015 roku obejmuje 10 grobów osób z rodziny, które wcześniej pochowane zostały w jednym rzędzie obok siebie. Na tablicy nie podano dat ich życia i śmierci. Grobowiec ufundowała osoba prywatna.
W Czułczycach jest też ładny kościół z kopułami - jak się domyślacie, dawniej była to cerkiew, no, ale historia tego miejsca jest dość przewrotna. Bo pierwsza cerkiew pw Kosmy o Damiana z XV w była w pełni ukraińska. We wsi żyło więcej Ukraińców niż Polaków aż do II wojny światowej, potem się spolonizowali. Co prawda niektórzy wyjechali na wschód, na Ukrainę, ale dużo ich zostało uważając się już za Polaków. Cmentarzyk, o którym wyżej wykorzystywali do pochówków jeszcze przez kilka dziesięcioleci po wojnie. Wracając do cerkwi: ta ukraińska uległa zniszczeniu w latach 1651-1655 w czasie walk hetmana Bohdana Chmielnickiego o naprawę Rzeczpospolitej i utworzenie ruskiego państwa kozackiego. I ta nowa następna cerkiew drewniana wzniesiona w 1763 lub w 1786 roku, ta prawosławna cerkiew zbudowana przez władze Imperium Rosyjskiego, nie stanowi już ukraińskiego dziedzictwa kulturalnego, choć Ukraińcy mieli tu nadal większość narodową! Ukraińcy nie przyjęli jako jako swojej, wypięli się na nią. W 1905 roku na jej miejscu z fundacji rosyjskiego szlachcica Kławdija Paschałowa zbudowana została obecna cerkiew murowana. Zamknięta przez rząd RP po I wojnie światowej. Czynna jako cerkiew prawosławna w latach 1939-1944. Przywłaszczona w 1945 roku jako świątynia łacińska św. Rocha przez Kościół rzymskokatolicki stoi nadal i ma się całkiem dobrze.
A to już Przysiółek i drewniany kościół p.w. Wszystkich Świętych zbudowany w 1764 r. na miejscu wcześniejszych świątyń. Jest to jeden z cenniejszych przykładów drewnianej architektury sakralnej z XVIII w. na Ziemi Chełmskiej. Od 1945 roku do chwili obecnej kościół pełni funkcję kaplicy cmentarnej. Budowla jest na planie kwadratu, z kruchtą i zakrystią, posiada konstrukcję zrębową. Jest oszalowana i wzmocniona lisicami. Obok znajduje się drewniana dzwonnica z początku XIX wieku.
Nie miejsce na to, ale mam z tych odwiedzonych miejsc tyle informacji w głowie, że napisałabym chyba epistołę:) ledwo się powstrzymuję, jednak dopiero na drugim blogu się wyżyję.
Dziękuję tym co wytrwali i dotarli do tego miejsca:)
I donoszę, że w międzyczasie moja najmłodsza wnuczka, która dopiero co się urodziła, skończyła trzy latka. Jak to możliwe ???
No i tak oto czas płynie, codziennie coś nowego, jak nie w życiu domowym, to w towarzyskim, o publicznym nawet nie wspomnę, bo głowa pęka od wiadomości. W pracy ruch. W poniedziałek mam spotkanie w sprawie niewielkiego awansiku, raczej symbolicznego i nie wiążącego się z większym wynagrodzeniem, ale samo uznanie też się liczy. Wiem już, że w święta wielkanocne będę pracować, ale mnie to nie boli, przynajmniej uniknę większego goszczenia się, tylko jakieś drobne rodzinne spotkanie przy kawce i ciastku.
Przygotowuję się duchowo na wymianę kaloryferów, przypuszczam, że z miesiąc mi to myślenie zajmie, bo wiem, że trzeba, ale wizja remontu przyprawia mnie o ciarki:) No i za jednym razem wymieniłabym podłogę w sypialni, bo już się przymierzam jakiś czas do tego.
Obejrzałam chyba ze 30 czy może nawet więcej odcinków pewnego serialu (takie po 25 minut:), ale nie jestem zdecydowana, czy go polecić czy nie, bo na początku mnie bawił, a im dalej w las, tym zrobiło się straszniej, znaczy się beznadziejniej. A ostatniego odcinka to w ogóle nawet lepiej nie oglądać, więc nie obejrzałam do końca. No to mam przesyt i pewnie następny obejrzę znów za jakieś 3-4 miesiące, jak nie późnej. Za to czytam namiętnie i z czystym sumieniem polecam "Białe. Zimna wyspa Spitsbergen" Ilony Wiśniewskiej oraz "Zachód Słońca na Santorini. Ciemniejsza strona Grecji" Dionisosa Sturisa, która wcale nie jest o Santorini, a o nacjonalizmie w greckim wydaniu.
I słucham namiętnie pani Montserrat Caballe, zakochałam się w jej muzyce kilka lat temu w Muzeum Salvadora Dali w Figueres, spoglądając na cadillaka ze ślimakami we wnętrzu, w którym wciąż pada deszcz...:) Słońce grzało mi w twarz, gdy siedziałam na murku, a pani Caballe śpiewała jakąś arię. Wydaje mi się, że była to zapętlona pieśń "Prayer". Przez kilka lat zapomniałam, jak bardzo lubię tę artystkę. Kiedy odnalazłam w internecie wspomnianą pieśń, zakochałam się ponownie:) Prawda, że piękna ?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Odwykłam...
Odwykłam od pisania bloga, choć zaglądam po cichu na dawne zaprzyjaźnione. Nie komentuję, bo nie wiem, czy ktoś, może oprócz 2-3 osób, jeszc...







Dziękuję za piękną wycieczkę z samego rana :) U mnie poranek zaśnieżony, wietrzny i nieprzyjemny, a u Ciebie słoneczny z cudnymi widokami. Doznałam prawie szoku (prawie robi różnicę :) ), bo przyśnił mi się dom podobny bardzo do starej plebanii ze zdjęcia. Uwielbiam takie stare budynki z duszą. Usłyszenie rosnących roślin - to już w ogóle magia! Jesteś czarodziejką :))) W Szlachtowej i Jaworkach koło Szczawnicy są na cmentarzach zachowane nagrobki połemkowskie w starszych częściach, na nowych już aktualni mieszkańcy spoczywają. Dwie cerkwie zostały "przemianowane" na kościoły katolickie, piękno zachowały i taki specyficzny klimat. Zdjęcia są u mnie - http://annapisze.art/?p=4461 i tu - http://annapisze.art/?p=4371
OdpowiedzUsuńTo tak na wypadek, gdybyś chciała zerknąć.
Dzieci się starzeją niemożebnie, moja Calineczka już 4 i pół skończyła :)
Czytałam Twoje wpisy, które poleciłaś,nawet skomentowałam :)
UsuńCo do dzieci, to jak pomyślę, ile lat ma mój syn, to robi mi się słabo:) Nawet ostatnio żartowaliśmy, że niedługo będzie w moim wieku:)
Miło, że byłaś :)
UsuńMojemu starszemu powiedziałam, że nawet ja taka stara nie jestem ;) Wciąż mi nie pasuje, że moje małe Brysie tak się postarzały, buuu ;)
Ja to nawet moim koleżankom się dziwie, że są takie stare:) Oczywiście zanim sama nie spojrzę w lustro hi hi:)
UsuńLubię takie wycieczki ze ścieżką historyczną. A teraz zima na kilka dni wróciła, to nie będzie długo i zamierzam zdążyć powędrować trochę w tym białym pejzażu. :)
OdpowiedzUsuńDziś rano osłupiałam Wyglądając przez okno, świat stał się cały biały. Na szczęście już topnieje. Dobrze, że nie zasiałam jeszcze warzyw, chyba nie wyszłoby im to na dobre.
UsuńW taką pogodę to ja tylko na krótki spacerek:)
Jak dobrze, że mogę spacerować śladami Twych wędrówek! Pewnie nigdy tam nie pojadę, ale chociaż w myślach ślad zostanie!
OdpowiedzUsuńU mnie dzisiaj okrutnie wieje! I zimnisko okrutne!
Pozdrawiam serdecznie!!
Też mam wiele miejsc z gatunku "nigdy tam nie pojadę", ale już nauczyłam się z tym żyć:) Wynagradzam sobie bliższymi okolicami. Niekoniecznie jednak w ten weekend, bo spadło to białe paskudztwo, pogoda zadziałała na 1 kwietnia. Poza tym w niedzielę mam gości, zamówili sobie szarlotkę, więc w sobotę będzie pieczenie.
UsuńZdrówka życzę
Zabralas mnie na ciekawą wycieczkę. Jednak najciekawsza przygoda, to usłyszeć jak rosną rośliny. Serdeczności.
OdpowiedzUsuńKtoś mądry wytłumaczyłby to tym, że rośliny prostują się, że pod kołderką że ściółki ciepłej, na zewnątrz zimniej, więc to też powoduje jakiś ruch, kurczenie się ściółki albo co, ale dla mnie to po prostu był odgłos rośnięcia roślin i przy tym zostaje;)
UsuńPiękne widoki i ciekawe zabytki, choć wolę chyba te drewniane, mają dusze.
OdpowiedzUsuńGdziekolwiek człowiek się wybierze, to takie wyprawy są jak lekarstwo dla psychiki.
Buziaki dla wnuczki, mój Leoś ma dopiero 4 miesiące i trochę:-)
Byłam zaskoczona, bo przy tych starych ponad 100-letnich budynkach kręcili się mieszkańcy. Krępowałam się podejść bliżej i fotografować, ale też nasunęła mi się myśl, jaki tam w środku jest standard. Oczywiście we wszystkich tych miejscowościach większość domów to nowoczesne budynki z wygodami.
UsuńA Leoś to już duży chłopiec:) oczywiście porównując do tego, jaki był w dniu narodzin:) Niech się dobrze chowa
Kolorowe życzenia dla wnuczki - jubilatki:).
OdpowiedzUsuńJak szybko upływa czas najlepiej można zobaczyć patrząc jak rosną nasze wnuczęta.
Przy naszych dzieciach nie zwracałyśmy na to uwagi, bo człowiek nie miał czasu o tym myśleć.
Przy wnuczętach jest inaczej, patrzymy jak szybko rosną, cieszymy się tym, ale z tyłu głowy odzywa się jakiś głos, że za szybko to wszystko się dzieje...
Dziękuję Ci za piękne zdjęcia, chociaż na nich mogę zobaczyć przestrzeń i horyzont.
Podczas ostatnich dni, kiedy było iście wiosennie byłam w Lesie Kabackim - ale co to za przestrzeń, nie mówiąc już że horyzontu nie uświadczysz.
Pozdrawiam.
Dziękuję Wilmo;) Roztocze niemal jak "wczesne" Bieszczady, a w ostatnich latach postawiono też kilka wież, więc można napatrzeć się z góry na cztery strony świata.
UsuńA więc powiedzenie, że słyszy się trawę jak rośnie, nie jest wydumane. Niesamowite.
OdpowiedzUsuńSłyszałam o tym określeniu ciszy, że cicho aż słychać, że trawa rośnie:) przekonałam się o tym sama. Bardzo ciekawe wrażenie, aż dziwne, że nigdy wcześniej go nie doświadczyłam.
UsuńPowinnaś tworzyć przewodniki turystyczne . Piękne zdjęcia i mnóstwo ciekawostek - czego więcej potrzeba przewodnikom? No i ten śpiew rosnących roślin !
OdpowiedzUsuńA co do babciowania; moja wnuczka dorównuje mi wzrostem i ma już prawie 13 lat , a dopiero co się urodziła i była tylko trochę większa od torebki cukru. I co ja mam powiedzieć ? Za szybko nam wyrastają dzieciaczki!
Miałam kiedyś taki pomysł, że na emeryturze napiszę przewodnik rowerowy dla emerytów pod tytułem "wzdłuż Bugu", ale okazuje się, że już mnie ktoś uprzedził:) co prawda nie dla emerytów, ale jest już kilka pozycji.
UsuńWidzę, że nie tylko ja porównuję wagę niemowlęcia do wagi cukru. Moja najstarsza wnuczka do tej pory żartuje, że ważyła tyle co dwie torebki cukru i że tyle samo ważył jej ulubiony wujek:) teraz jest to dla niej bardzo zabawne, bo wujek jest wysoki i szeroki w barach:)
Zawsze wyszperasz coś ciekawego. Dobrze tu do Ciebie zaglądać.
OdpowiedzUsuńA co do upływającego czasu- on nie mija, on galopuje i to im jestem starsza- tym szybciej!;(
Masz rację. Czas pędzi jak odrzutowiec, gdzieś ginie bezpowrotnie. Przejrzałam dziś listę książek, które chcę przeczytać oraz te, które mam już na półce i do których kiedyś jeszcze raz chciałabym wrócić i już wiem, że mi na to życia zabraknie:)
UsuńMieszkasz w cudownej i różnorodnej okolicy. U nas w mieście też był cmentarz żydowski - to, czego nie zniszczyli Niemcy w czasie II wojny światowej zniszczył komunizm i powstające wraz z nim nowe osiedla. Pozostało tylko kilka rozrzuconych macew. Przyroda zawsze mnie zachwycała tempem swojego rozwoju. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńW okolicy mamy cmentarze katolickie, prawosławne, greckokatolickie, kirkuty, wojenne, nawet ewangelickie i jeden cmentarzyk mariawitów. To pokazuje, jak różnorodne społeczeństwo zamieszkiwało te tereny. W naszym gminnym miasteczku cmentarz żydowski jest w tragicznym stanie, to dzikie chaszcze, s wśród nich ze trzy macewy wdeptane w błoto i mnóstwo butelek po piwie. Przed wojną Żydzi stanowili tu zdecydowana większość, było tu getto w czasie II wojny, potem wszystkich wywieźli do Sobiboru. Po wojnie kompletnie zburzono synagogę i zorganizowano w tym miejscu targ bydlęcy, to takie symboliczne. Ja jestem napływowa, ale do tej pory miejscowi starsi ludzie opowiadają jak to z "żydkami" było, wiedzą to ze swoich rodziców. Stąd pochodzą niektórzy bohaterowie twórczości Isaaca Bashevisa Singera. Mieliśmy tu także osadnictwo niemieckie i holenderskie:)
UsuńPiękne miejsca odnajdujesz. I się nimi z nami dzielisz. Dziękuję :) Polska ma tyle urokliwych miejsc i jest jednak spora. Mieszkając po przeciwnej stronie Polski podziwiam te wschodnie rejony, po których tylko przemknęłam 2 lata temu (bliżej widziałam tylko okolice Włodawy i Poleskiego Parku Narodowego).
OdpowiedzUsuńA Monserrat miała cudny głos, ale wolę ją w klasycznym operowym repertuarze.
Okazuje się, że każda najmniejsza nawet miejscowość ma swoją ciekawą historię, jeśli kogoś to ciekawi, to nawet we wsi określanej "dziurą" znajdzie coś interesującego:)
UsuńWięcej się słyszy o talencie Marii Callas, ale tak szczerze, dla mnie mistrzynią jest Caballe. Jakoś nie mogę się przekonać do Callas:) Ale ja się nie znam, więc słucham tego, co jest przyjemne dla ucha, a głos Caballe bardziej mi się podoba.
Witam serdecznie ♡
OdpowiedzUsuńUwielbiam takie wycieczki, dziękuję za twoją relację :) Dawno nie byłam w podróży, miło mi bardzo przeczytać coś tak inspirującego :)
Pozdrawiam cieplutko ♡
Dziękuję za wizytę. Cieszę się, że podzielasz moją opinię, iż nawet Polska prowincjonalna może być interesującym kierunkiem wycieczek.
UsuńWitaj ciepłym uśmiechem forsycji
OdpowiedzUsuńZnowu z przyjemnością ponownie towarzyszyłam Ci w kolejnej ciekawej wędrówce.
Najbardziej zachwyciła mnie kapliczka przydrożna. Mam do nich słabość.
Pozdrawiam oczekiwaniem na słoneczną Kwietną Niedzielę
Tereny wschodnie pełne są krzyży wotywnych i kapliczek, jest ich więcej niż w innych regionach Polski. Większość pięknie wpisuje się w okolice, dla mnie są elementem dziedzictwa kulturowego, choć dla wielu stanowią obiekt kultu religijnego.
UsuńPozdrawiam
oooo, piękne to. Mówię o muzyce i filmie do niej. Muszę posłuchać więcej tej Caballe...
OdpowiedzUsuńŁazikowania zazdroszczę.
Te historie przygraniczne są zawsze niezmiernie ciekawe ale i dramatyczne. Tak się łatwo pisze i czyta o historii kościołów, raz był cerkwią, potem kościołem... a to historia ścierania się kultur...
Ukraińcy od zawsze walczyli o swą niepodległość i od zawsze musieli być komuś podlegli: a to Polsce, a to Rosji... Tak samo jak Litwa czy Białoruś. Nic dziwnego, że mają tak silne pragnienie zachowania własnej tożsamości i odrębności.
Dla nas to pewnie nieco denerwujące, bo w szkole nam wdrukowali, że tylko jedna, biedna Polska była tak gnębiona i tak zażarcie musiała bronić swej narodowości...
Śpiewał kiedyś Jacek Kaczmarski
Narody narody Po diabła narody
Stojące na drodze do szczęścia i zgody
Historia nam daje dobitne dowody
Pragniecie pokoju Usuńcie przeszkody
Narody narody narody
Trolla
Mnie nie denerwuje, że ktoś walczy o swoją odrębność. Wręcz przeciwnie. Od zawsze wyrażam niepopularną opinię, że budowanie jednego europejskiego narodu to pomyłka. Mamy Europę, ale w tej Europie każdy naród ma swoją kulturę, tradycje, mentalność, przekonania , religie itp. I niech każdy to u siebie pielęgnuje, nawet tradycje kulinarne i inne. Jestem za zachowaniem granic i jednostek monetarnych. I niech każdy siedzi u siebie, w swojej ojczyźnie. A jak obywatel jednego kraju chce żyć w innym, to proszę bardzo, ale w myśl przysłowia, jak żeś wlazł między wrony to krakaj jak i ony. I nowy kraj powinien w tym pomóc. A nie, że buduje ktoś nowa enklawę w obcym kraju. Granice powinny być, ale otwarte.
UsuńPolska i kraje ościenne zawsze były gnębione, jak nie z jednej to z drugiej strony. Jak mamy dobre położenie geograficzne, to polityczne fatalne. Ani Rosja, ani Ukraina nie były nam w przeszłości przyjaciółmi. Jednak teraz to Ukraina jest w kryzysie wojennym, a kto jak nie Polacy wiedzą, jak to jest. Gdyby Rosja zaatakowała Polskę, a nie Ukrainę, gdzie bym uciekała? Na Ukrainę, nie pamiętając o Wołyniu.
Słowa Kaczmarskiego przynajmniej w tym cytacie interpretuje przewrotnie, jako nawoływanie do wojny i unifikacji narodów:)) nie i nie!