Dwa dni temu wieczorem, gdy wieś już spała, a wiatr odleciał w nieznanym kierunku, piesa wyprowadziła mnie na spacer. Mamy we wsi taki stary park. Jest tam kilka pomnikowych drzew i wydeptane ścieżki. Nie ma żadnej parkowej infrastruktury, bliżej temu parkowi do niewielkiego lasku. Wieczorem lubię tam chodzić. Czasem przestraszy nas tam sarna, czasem jakieś wielkie czarne ptaszysko:) Tym razem była totalna cisza. Prawie. Bo oto stanęłam ja, stanęła też piesa bez ruchu i w moje uszy wdarł się delikatny szelest. Raczej nawet taki mikro szelest. Trudno mi było odnaleźć źródło dźwięku. Był on prawie jak omam słuchowy. Przemieściłam się kawałek - to samo. Jeszcze kawałek - bez zmian. Coś szeleściło na identycznym poziomie decybeli. Schyliłam się. To szumiała ściółka z zeszłorocznych liści. Pod ściółką wyraźnie widać było młode zielone rośliny. To stąd był ten dźwięk, one po prostu rosły i wypierały ściółkę, stąd ten delikatny szelest. A rano, po kilkunastu godzinach park wyglądał tak:
Taki niby drobiazg, ale wywarł na mnie duże wrażenie. Cudowne uczucie. I jak tu nie cieszyć się życiem, gdy słyszy się rosnące rośliny:)?
W czasie ostatnich kilku dni codziennie po 2-3 godziny spędzałam na działce. Jest susza.
Przygotowałam miejsce pod pierwsze zasiewy. Na szczęście wczoraj w nocy wreszcie spadło nieco deszczu, jednocześnie - niestety - bardzo obniżyła się temperatura. Czeka nas tydzień niepogody. Może to i dobrze, bo planowałam weekendowy wyjazd, a zapowiedzieli się goście. Po przemyśleniu sprawy zdecydowałam się przenieść wyjazd na inny termin, bo wędrowanie w deszczu przy temperaturze kilku stopni do przyjemnych nie należy. Zatem będzie domowe ciepełko i wyżerka, eh... ta wyżerka to mój grzech główny. Niby mieszczę się w te same ubrania, ale sadełka coraz więcej, starość nie radość:)
Kiedy jeszcze była słoneczna pogoda, zrobiłam sobie wycieczkę na pogranicze Roztocza, w okolice miejscowości Frampol. Teraz to właściwie skromne miasteczko. Kiedyś idealne miasto. Wystarczy spojrzeć na układ ulic:
Prawda, że piękna pajęczynka :)? Frampol założony w 1705 roku przez Franciszka Butlera, pod koniec XVIII wieku miał aż siedem jarmarków. Stał się jednym z ulubionych celów osadnictwa żydowskiego - w 1880 r. ilość mieszkańców wynosiła 2154 osoby, w tym 1189 Żydów. Niestety w 1869 roku, Frampol będąc już przejętym przez Księstwo Polskie, utracił prawa miejskie, nie mogąc się podnieść po okupacji rosyjskiej.
Ćwiczebny nalot bombowy Luftwaffe we wrześniu 1939 roku spowodował zniszczenie 90 % miasta, którego jednak mieszkańcy nie opuścili - co więcej, odbudowali je po wojnie i kroczek po kroczku, odzyskali w 1993 roku prawa miejskie. Po osadnictwie żydowskim zostały tylko resztki cmentarza.
Miasteczko samo w sobie nie jest aż tak atrakcyjne, aby planować przyjazd do niego z daleka. Ja jednak lubię atrakcje nieoczywiste. Chętnie poczytałam o historii miasteczka, zwiedziłam je oraz najbliższe okolice.
Kirkut z 1736 r. na którym w czasie II wojny światowej rozstrzelano społeczność żydowską (52% ówczesnej ilości mieszkańców), a resztę wywieziono do obozów koncentracyjnych. Na tym nieco już zaniedbanym cmentarzu leży w zbiorowej mogile ponad 1000 ciał zamordowanych Żydów.
Bardzo ładnie zagospodarowany zalew. Spędziłam trochę czasu wygrzewając się na plaży, świetny relaks:)
Zespół kościoła parafialnego p.w. M. B. Szkaplerznej i św. Jana Nepomucena, murowany w latach 1873 - 1878, neogotycki. W tym kościele moja córka brała ślub, choć to ani jej ani niezięcia parafia i kawał drogi od nas. Chcieli mieć wesele w Lasach Janowskich, to mieli, a do tego akurat kościoła było niedaleko i bardzo im się podobał. Ile to już lat temu było...:)
Dawna plebania, drewniana, koniec XIX wieku. Zabytkowe kolumny przy wejściach do plebanii pochodzą z pobliskiego pałacu, który znajdował się w Woli Kąteckiej.
Liczne stare domy, no i ładne okolice.
Po drodze wystąpiłam też do Goraja, odległego o kilka kilometrów. Historia miejscowości, która od roku znowu jest miastem, jest równie ciekawa jak Frampola, a może nawet ciekawsza. O obu miasteczkach napiszę więcej na drugim blogu, jak tylko znajdę chwilę wolnego czasu.
Stare, ponad 100-letnie domy - nadal są zamieszkałe.
Kolejną wycieczkę po kilku dniach zrobiłam w przeciwnym kierunku. Bardzo ciągnie mnie na szlak starych cerkwi, ale to jest dwa kroki od ukraińskiej granicy, więc nie chcąc sobie dodawać stresu pojechałam zobaczyć pewien rezerwat w okolicach Chełma. Niestety, było to wielkie rozczarowanie. Rezerwat miał być bagienny, wiec spodziewałam się jakichś wież widokowych albo kładek, lecz nic z tego. No i pora roku dodatkowo obniżyła atrakcyjność miejsca. Jednak wyjazd nie poszedł na marne, bowiem znalazłam wśród pól w Czułczycach stary cmentarzyk prawosławny, a cmentarze, jak wiadomo, bardzo lubię oglądać:)
Na cmentarzu zachowały się nagrobki charakterystyczne dla stylistyki sepulkralnej prawosławia Cesarstwa Rosyjskiego. Do dziedzictwa ukraińskiego należą pochówki i nazwiska zmarłych osób, ale nie nagrobki. Rozumiecie ? Ukraińcy wyraźnie na każdym kroku odcinali się od jakichkolwiek związków z Rosją. To nigdy nie były bratnie narody. I nadal nie są. Cokolwiek by o tym nie myśleć, nacjonalizm zawsze miał się dobrze w Ukrainie.
Zdjęcie pochodzi z ogromnego nagrobka rodziny Bejdów. Bejdowie byli znaczącym rodem bogatych ruskich chłopów czułczyckich. Wiadomo, że w 1793 roku członek bractwa cerkiewnego Kiryk Bejda ofiarował parafii funt topionego srebra na 4 narożniki dla oprawy Ewangelii . W 1818 roku greckokatolicki paroch Sawina, Jewstachij Grzegorzewski, w inwentarzu wyposażenia cerkwi i plebanii w Czułczycach wymienił Iwana Bejdę, którego pole graniczyło z plebańskim. W innym inwentarzu, z 1846 roku, wynika, że we wsi istniało bractwo cerkiewne, któremu współprzewodniczył Józef Bejda. Franciszek Bejda miał lub obsiewał tyle pola, że w latach 50. ze wszystkich stron otaczały one zabudowania plebanii. Przedstawiciele tej rodziny do dziś zamieszkują Czułczyce. Grobowiec z 2015 roku obejmuje 10 grobów osób z rodziny, które wcześniej pochowane zostały w jednym rzędzie obok siebie. Na tablicy nie podano dat ich życia i śmierci. Grobowiec ufundowała osoba prywatna.
W Czułczycach jest też ładny kościół z kopułami - jak się domyślacie, dawniej była to cerkiew, no, ale historia tego miejsca jest dość przewrotna. Bo pierwsza cerkiew pw Kosmy o Damiana z XV w była w pełni ukraińska. We wsi żyło więcej Ukraińców niż Polaków aż do II wojny światowej, potem się spolonizowali. Co prawda niektórzy wyjechali na wschód, na Ukrainę, ale dużo ich zostało uważając się już za Polaków. Cmentarzyk, o którym wyżej wykorzystywali do pochówków jeszcze przez kilka dziesięcioleci po wojnie. Wracając do cerkwi: ta ukraińska uległa zniszczeniu w latach 1651-1655 w czasie walk hetmana Bohdana Chmielnickiego o naprawę Rzeczpospolitej i utworzenie ruskiego państwa kozackiego. I ta nowa następna cerkiew drewniana wzniesiona w 1763 lub w 1786 roku, ta prawosławna cerkiew zbudowana przez władze Imperium Rosyjskiego, nie stanowi już ukraińskiego dziedzictwa kulturalnego, choć Ukraińcy mieli tu nadal większość narodową! Ukraińcy nie przyjęli jako jako swojej, wypięli się na nią. W 1905 roku na jej miejscu z fundacji rosyjskiego szlachcica Kławdija Paschałowa zbudowana została obecna cerkiew murowana. Zamknięta przez rząd RP po I wojnie światowej. Czynna jako cerkiew prawosławna w latach 1939-1944. Przywłaszczona w 1945 roku jako świątynia łacińska św. Rocha przez Kościół rzymskokatolicki stoi nadal i ma się całkiem dobrze.
A to już Przysiółek i drewniany kościół p.w. Wszystkich Świętych zbudowany w 1764 r. na miejscu wcześniejszych świątyń. Jest to jeden z cenniejszych przykładów drewnianej architektury sakralnej z XVIII w. na Ziemi Chełmskiej. Od 1945 roku do chwili obecnej kościół pełni funkcję kaplicy cmentarnej. Budowla jest na planie kwadratu, z kruchtą i zakrystią, posiada konstrukcję zrębową. Jest oszalowana i wzmocniona lisicami. Obok znajduje się drewniana dzwonnica z początku XIX wieku.
Nie miejsce na to, ale mam z tych odwiedzonych miejsc tyle informacji w głowie, że napisałabym chyba epistołę:) ledwo się powstrzymuję, jednak dopiero na drugim blogu się wyżyję.
Dziękuję tym co wytrwali i dotarli do tego miejsca:)
I donoszę, że w międzyczasie moja najmłodsza wnuczka, która dopiero co się urodziła, skończyła trzy latka. Jak to możliwe ???
No i tak oto czas płynie, codziennie coś nowego, jak nie w życiu domowym, to w towarzyskim, o publicznym nawet nie wspomnę, bo głowa pęka od wiadomości. W pracy ruch. W poniedziałek mam spotkanie w sprawie niewielkiego awansiku, raczej symbolicznego i nie wiążącego się z większym wynagrodzeniem, ale samo uznanie też się liczy. Wiem już, że w święta wielkanocne będę pracować, ale mnie to nie boli, przynajmniej uniknę większego goszczenia się, tylko jakieś drobne rodzinne spotkanie przy kawce i ciastku.
Przygotowuję się duchowo na wymianę kaloryferów, przypuszczam, że z miesiąc mi to myślenie zajmie, bo wiem, że trzeba, ale wizja remontu przyprawia mnie o ciarki:) No i za jednym razem wymieniłabym podłogę w sypialni, bo już się przymierzam jakiś czas do tego.
Obejrzałam chyba ze 30 czy może nawet więcej odcinków pewnego serialu (takie po 25 minut:), ale nie jestem zdecydowana, czy go polecić czy nie, bo na początku mnie bawił, a im dalej w las, tym zrobiło się straszniej, znaczy się beznadziejniej. A ostatniego odcinka to w ogóle nawet lepiej nie oglądać, więc nie obejrzałam do końca. No to mam przesyt i pewnie następny obejrzę znów za jakieś 3-4 miesiące, jak nie późnej. Za to czytam namiętnie i z czystym sumieniem polecam "Białe. Zimna wyspa Spitsbergen" Ilony Wiśniewskiej oraz "Zachód Słońca na Santorini. Ciemniejsza strona Grecji" Dionisosa Sturisa, która wcale nie jest o Santorini, a o nacjonalizmie w greckim wydaniu.
I słucham namiętnie pani Montserrat Caballe, zakochałam się w jej muzyce kilka lat temu w Muzeum Salvadora Dali w Figueres, spoglądając na cadillaka ze ślimakami we wnętrzu, w którym wciąż pada deszcz...:) Słońce grzało mi w twarz, gdy siedziałam na murku, a pani Caballe śpiewała jakąś arię. Wydaje mi się, że była to zapętlona pieśń "Prayer". Przez kilka lat zapomniałam, jak bardzo lubię tę artystkę. Kiedy odnalazłam w internecie wspomnianą pieśń, zakochałam się ponownie:) Prawda, że piękna ?
Wczoraj przed wieczorem podczas psiego spaceru zauważyłam przelot dużego klucza żurawi, około setka ptaków przeleciała z głośnym klangorem i opadła na łąkę za rzeką. Oczywiście chciałam zaraz tam iść, ale do tej łąki prowadzi tylko jedna droga z mostkiem, a obok niej jest duże gospodarstwo. Brama na drogę była otwarta, a przed nią po drodze biegał ogromny czarny pies. Ja też z psem. Zaczął na nas bardzo szczekać i biec w naszym kierunku. Zauważyłam, że ktoś chodzi po podwórzu i zawołałam, aby zabrać psa z drogi. Pan tylko gwizdnął, raz zawołał do psa "chodź" i poszedł. A pies został, ujadał, zęby szczerzył i nie dał przejść. Zła byłam jak diabli, bo to nie była droga prywatna ; owszem wąska i żwirowa, ale gminna. Nie chciałam narażać nas na atak psich zębów, więc zawróciłyśmy, ale jutro zgłoszę do naszej sołtyski tę sytuację, bo nie może tak być, aby nie można było przejść drogą publiczną z powodu wypuszczenia psa przez niefrasobliwego gospodarza. Dziś sołtyski nie ma, więc sprawa zawieszona na dzień, ale nie odpuszczę. Przypuszczam, że rano żurawie odleciały, bo na łące jest cisza.
Zawróciłyśmy i zrobiłyśmy spacer pętlą około 5 km, wracałyśmy w takiej scenerii. Niestety, nie miałam przy sobie aparatu, a zdjęcie telefonem wyszło marnie. O zdjęciu klucza żurawi nawet nie wspomnę.
A w niedzielę po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że nie mogę nikogo (oprócz jednej sprawdzonej osoby, no może dwóch:) zabierać na wycieczki, bo tylko marnuję sobie przyjemność. Zadzwoniła do mnie w sobotę jedna znajoma i jęczy, jaki ten świat ponury i nudny i może bym do niej przyszła w niedzielę. Ja na to, że nie mogę, bo mam plany wyjazdowe. Na to ona, to weź mnie z sobą. Mam miękkie serce, to się zgodziłam. A ich było dwie. Moja znajoma i jej znajoma. Mnie to nie przeszkadzało, że nagle jest nas trzy. Przeszkadzały mi jęki znajomej. Za zimno, za gorąco, za ślisko, błoto, zmęczona, spocona, zaczeka w samochodzie a wy idźcie, a po co tam iść, przecież to za daleko, za wysoko, za mało ciekawie, czy jest tu sklep, napiłabym się kawy, kolano mnie boli, kiedy wracamy?, nie myślałam, że to tak daleko. Ufff... I tak ciągle. Ta druga się przewróciła, więc z jednego szlaku zawróciłyśmy w obawie, że może jej coś dolegać, ale potem się ogarnęła i nic jej nie było. Ale ta moja bliższa znajoma to porażka. Byłam wściekła i zmęczona udawaniem, że wszystko jest w porządku. Miałyśmy jechać nad Wisłę oglądać rzekę z rezerwatu na skarpie, ale nawet skrawka wody nie zobaczyłyśmy, bo skarpa za wysoka (wrr!) i wczesnym popołudniem byłam już z powrotem w domu. Nigdy więcej!
Poniżej grodzisko Żmijowiska koło Kazimiera Dolnego.
Wrzelowiecki Park Krajobrazowy
A ta napotkana po drodze chatka udająca tradycyjny wiejski ubogi dom - w rzeczywistości to bogaty domek letniskowy. Samo ułożenie takiej strzechy to koszt około 200 PLN za m kw. Nie odmówiłabym, gdyby mi taki domek ktoś sprezentował:)
Zaczęłam prace na działce, na razie porządkowe, bo ziemia jeszcze zamarznięta i szpadla się w nią nie wbije. Za to mnóstwo kleszczy i zaczyna mi się na ich tle jakaś fobia. Rozbieram się ze wszystkiego przed drzwiami po powrocie z działki lub ogrodu, a wracając ze spaceru od razu zdejmuję spodnie, bo ostatnio nie ma dnia, abym nie przywlokła choć jednego kleszcza na spodniach lub na czapce. Koniec z welurowymi dresami i polarowymi rękawiczkami lub czapkami, bo na nich świetnie się przenoszą. Koty i pies z zakazem wstępu do pomieszczeń innych niż przedpokój i kuchnia, aby mi tych kleszczy nie naniosły. Oprócz kropli na grzbiet chyba im zafunduje specjalne obroże, choć weterynarz mówi, że nic nie dają, a ja też mam obiekcje przed zakładaniem obroży kotom. Na razie rudy z domu nie wychodzi, bo się bardzo boi świata za drzwiami, wręcz panikuje. Kociczka i stary kot wychodzą regularnie, na szczęście trzymają się okolic domu i nie włóczą się póki co. Jednak kleszcze są już niemal od razu za progiem. Żyłam pięćdziesiąt kilka lat nie wiedząc nawet jak kleszcz wygląda, w ostatnich trzech latach nadrabiam, jest ich po prostu plaga. Zagadka, skąd ich się tyle bierze i co wpłynęło na to, że tak bardzo się mnożą. Ojciec synowej latem wokół altanki rozpyla taki środek, który ogranicza występowanie kleszczy, ale działa krótko, praktycznie trzeba by pryskać co dwa tygodnie, a nie jest to tani sposób. Wyliczyłam, że na mój ogródek na każdy oprysk musiałabym wydać kilkaset pln, a powtarzać go trzeba przynajmniej raz na miesiąc albo częściej. Zresztą, problemem największym nie są kleszcze o ogródku, ale ogólnie wszędzie, na działce, na poboczach dróg, na łące, w lesie, czyli wszędzie właściwie. Świata nie opryskam:)
Szykuje mi się wolny weekend i zastanawiam się, czy gdzieś nie wyskoczyć turystycznie. Jest jeszcze dość szaro i ponuro, ale chciałabym zmienić otoczenie. Codzienność nie jest łatwa z powodu tragicznych wieści zza wschodniej granicy. W pracy też zagrożenie atakiem cybernetycznym, były już próby, szczęśliwie udaremnione. A że ataki są i gdzie indziej, dowodem jest unieruchomienie kolei. To nie jest zwykła awaria. Był też atak na polski standard płatności, można powiedzieć, że udany, ale szybko spacyfikowany. Wojna trwa nie tylko na Ukrainie. Wczoraj widziałam konwój humanitarny - kilka autokarów oznaczonych czerwonym krzyżem pilotowanych przez dwa wozy osobowe przejechało z przejścia granicznego z Ukrainą na przejście graniczne z Litwą, z której te pojazdy pochodziły. Codziennie widzę samochody osobowe na ukraińskich blachach, na dachach mają przyklejone białe płachty z napisem "dzieci" po ukraińsku. To w nadziei, że podczas przejazdu przez Ukrainę w przypadku rosyjskiego nalotu zostałyby oszczędzone. Po polskiej stronie nie pamiętają, aby zdjąć .
W firmie zebraliśmy na specjalny rachunek 3 mln złotych, drugie tyle dołożyła firma i całość poszła na pomoc dla uchodźców. Firma ewakuowała też około 200 osób współpracujących z nami na Ukrainie i dała im ten przysłowiowy kawałek podłogi w naszych biurach na pierwszy etap życia.
W klasie wnuczki pojawiły się pierwsze ukraińskie dzieci.
Świat się zmienia. Żyjemy w ciekawych czasach, ale ja podziękuję za ten przywilej. Wolę te nudne czasy, gdy nic się nie działo.
Nie chcę być uchodźcą wojennym, a nikt mi nie zagwarantuje, że nim nie będę. Zresztą, może być jeszcze gorzej. Mogę zginąć w trakcie działań wojennych. Czy ktoś z nas w ogóle kiedykolwiek myślał, że coś takiego może się stać za naszego życia??? Właściwie, jakby nie mój wrodzony optymizm, to bym powiedziała, że istnieje ryzyko, że ruska zaraza rozleje się na całą Europę. Jeszcze, żeby ten głupi Kaczyński się nie wtrącał, bo przez niego nerwy tracę. Robi wszystko, żeby nas wciągnąć w konflikt. Niemniej z nadzieją na lepsze bezpieczne czasy planuję przyszłość i ustalam plan zasiewów na działce:). Może tylko w tym roku posadzę więcej ziemniaków i korzeniowych he he:)