Za krótko, za mało:)

To był stanowczo za krótki wyjazd, a i tak pełen wrażeń. Dopisała pogoda, więc dostałam dodatkowego poweru, bo wiadomo, że lubię ciepełko i słoneczko. 

Noce natomiast były księżycowe, pełnia wisiała nad Pasmem Łopiennika, złoty księżyc zaglądał w okno co noc.  Nasłuchiwałam wycia bieszczadzkiego wilka... niestety... pewnie spały:) Ale łapę jakąś widziałam, psia czy wilcza ? Jeśli psia, to musiał to być kolos, bo trop był bardzo duży.

Zdjęć napstrykałam, ale nie jestem zadowolona. Zdjęcia wcale nie oddają nastroju złotej jesieni, bieszczadzkiego klimatu i piękna gór. Bywają prześwietlone albo niedoświetlone, nie mam też  filtra do zdjęć pod słońce. Raczej przez najbliższe miesiące nie będzie wiele do fotografowania, więc decyzję     o zakupie aparatu przełożyłam na wiosnę. Na zimę zaszyję się w domu jak niedźwiedź w gawrze, bo to nie jest moja pora roku.

Poza tym żadne zdjęcie nie odda jesiennej ostrości słonecznego światła, lekko zamglonych barw zboczy porośniętych bukami lub jeszcze intensywnej zieleni polan leśnych, delikatnej mgiełki, porannej rosy    i zapachu wieczornego przymrozku. To trzeba zobaczyć tam, na miejscu, poczuć i potem tęsknić do specyficznej atmosfery bieszczadzkich okolic. Będąc w Bieszczadach czuję się oderwana od świata, odizolowana od codzienności. Wejście w inny świat pogłębia atmosfera kultowych miejsc takich jak np. bar Siekierezada w Cisnej, w którym straszą siekiery powbijane w stoły czy bieszczadzkie biesy i czarty. Wrażenie robi też wielka oprawiona w drewno księga menu, która wisi spięta na łańcuchach, liczne czaszki zwierzęce oraz teksty Ojca Dyrektora:)) Musiałam jednak wyjść w miarę wcześnie, bo jako nie żłopiąca piwa w tym hałasie wytrzymać nie dałam rady:)

Słowacja za linią drzew

Szlak z Jasła do Cisnej






Spotkałam w Bieszczadach odlatujące żurawie, w Rajskiem, gdzie wszystko jest "rajskie": camping, spa, pensjonat, restauracja, dolina. Rajskie się odradza, są tu nowe eleganckie domki do wynajęcia i dobrej klasy ośrodki wypoczynkowe. Jest też San, wzdłuż którego idzie się do nieistniejącej już wsi Studenne z resztkami cerkwiska i cmentarza. W Rajskiem też jest stary cmentarz rzymsko-katolicki z kilkoma nagrobkami, miejsce po wysadzonej w powietrze cerkwi ( w 1980 roku) i kilka starych nagrobków z ukraińskimi inskrypcjami.




Na terenach nieistniejących wsi specjalnie utrzymuje się stare jabłonki dla niedźwiedzi

Ze Studennego można przejść parę kilometrów do Terki. Terka to wieś rolnicza, gdzie kilka lat temu widziałam największe stado bocianów w życiu. To podobno najbardziej malowniczo położona wieś w Polsce z górującym nad nią szczytem Monasteru. To tu w 1946 roku Wojsko Polskie zamknęło w stodole i spaliło żywcem 20 przypadkowych mieszkańców, a kilkunastu rozstrzelało w odwecie za uprowadzenie przez UPA trzech zakładników, z czego dwóch nie przeżyło. Na grekokatolickim cmentarzu wystawiono im symboliczną mogiłę, zostało też kilka starych nagrobków, dzwonnica w ruinie i miejsce po cerkwi. Jest też sklep spożywczy istniejący "od zawsze" i przydrożny bar koło nowego solidnego mostu, też karmiący turystów "od zawsze". Oba miejsce dla bywalców są kultowe, bez nich nie ma Terki:) Nie można nie kupić w sklepie piwa i wiejskiej kiełbasy, jak nie można nie wstąpić do baru na obiad. Tu zawsze jest tłok, zarówno na parkingu, jak i wewnątrz, a jedzenie jest smaczne. Siedząc przy stoliku słyszy się szum Solinki. I tylko nie ma już starego drewnianego mostu, po którym przejeżdżało się pojedynczo z duszą na ramieniu:)





W tym miejscu muszę coś opowiedzieć. Kilka lat temu byłam już w Terce, szukałam wtedy szlaku na przełęcz Szczycisko.  Był dość słabo oznakowany, więc nie chcąc pobłądzić, zapytałam starszego pana o drogę. Pan siedział przed domem na ławeczce. Zapytany, chętnie wskazał drogę i przy okazji zaczął gawędzić. Opowiadał o sobie, o tym, jak tu się żyło w wojnę, jak żyje teraz, pytał czemu chodzę w góry i czy mam rodzinę. Akurat rok wcześniej zmarł mój tato i zgadaliśmy się z panem, że jest z tego samego rocznika. To było bardzo miłe spotkanie i długa rozmowa, więc potem zbrakło mi czasu, aby dojść do przełęczy i zawróciłam w połowie. Wiele razy myślałam potem, żeby zajrzeć do tego pana podczas pobytu w Bieszczadach, ale nie było mi po drodze. Postanowiłam w końcu teraz przejść szlak w całości, a wcześniej wstąpić do pana. Bez problemu znalazłam i rozpoznałam dom. Ławeczka stała w tym samym miejscu. Tak samo kwitło geranium w oknach drewnianego domu, tak samo wisiały za szybą koronkowe firanki. Tyle, że ławeczka była pusta. Na podwórku kręcił się jakiś mężczyzna, zapytałam go o starszego pana. Odpowiedział: to mój tata, wczoraj go pochowaliśmy. Miał 98 lat. Spóźniłam się... Mam żal sama do siebie, że nie wstąpiłam do Terki podczas poprzednich wyjazdów, bo jak już miałam taki zamiar odwiedzić człowieka, to trzeba było to zrobić, a nie odkładać. Potwierdziła się stara prawda, co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj. Pan pewnie by mnie nie pamiętał, ale może było by mu miło, że ja go pamiętałam. Jakoś mi nadal przykro z tego powodu, choć nawet nie wiem, jak człowiek się nazywał...

Niedźwiedzicą w Bukowcu postraszył mnie przemiły właściciel pensjonatu, w którym się zatrzymałam. Co prawda nie spotkałam niedźwiedzia, nawet śladu jego łapy nie udało mi się zobaczyć, ale mimo to po zasłyszanych opowieściach moje wczesnoporanne i późnowieczorne wyjścia z psem podszyte były adrenaliną. Wszak pan Piotr Szechyński z portalu Twoje Bieszczady, który jest moim autorytetem w temacie, pisał, że niedźwiedź raczej nie wyjdzie wprost na człowieka, ale z ciekawości może się zatrzymać w pobliżu i trzeba mieć oczy i uszy otwarte. No to otwierałam je szeroko, ale nic z tego. Na miśka nie trafiłam, jednak to chyba dobrze :)? Tak, że nie mam zdjęcia na FB z niedźwiedziem w tle:) Przyznaję jednakże, że czasami w lesie szelest spadającego z drzewa liścia powodował szybsze bicie serca, wszak strach ma wielkie oczy:) Trzy miesiące temu niedźwiedzica, jakby nigdy nic chodziła sobie po Bukowcu, odwiedziła przedszkolny plac zabaw, wydusiła kilkadziesiąt kur w gospodarstwach i tak się plątała po okolicy. Odłowiono ją i wywieziono pod Komańczę. Po kilku dniach wróciła;) Wolontariusze z Fundacji Bieszczadziki trochę jej pomogli w przemieszczeniu się na północ i teraz się kręci po Górach Słonnych, też ma tam piękne widoki:)

W Bukowcu obejrzałam resztki starego cmentarza, cerkwisko z zachowaną dzwonnicą w ruinie bez dzwonu oraz weszłam na szczyt Korbanii. Widoków stamtąd też można mi pozazdrościć:) 





Wieczorami chodziłam z psem szlakiem na Wołkowyję, skąd roztaczał się piękny wieczorny widok na  ciemne masywy gór i na oświetlone miejscowości oraz wiszący nad nimi ogromny jasny księżyc. Przyjechało sporo turystów, siedzieli w ogródkach przed domami, palili grille, śpiewali. Ktoś grał na harmonii, a dźwięk niósł się daleko w czystym niemal mroźnym powietrzu. To były magiczne chwile, wszystkie codzienne sprawy odsunęły się daleko. Nasz gospodarz też rozpalił ognisko, wytaszczył na podwórko miękką kanapę i zabawiał gości ciekawymi opowieściami. Nikt nie mówił o polityce, o wojnie, o braku węgla i zagrożeniu atomowym. Przez cały pobyt nie otworzyłam w internecie portali informacyjnych i nie włączyłam telewizora, bo poprosiłam o pokój bez tego ustrojstwa. Nie wiedziałam, co się dzieje w Polsce i w świecie i chyba nic nie straciłam.




Już będąc w Bieszczadach doczytałam na plakatach, że w weekend w Cisnej jest X ultraMaraton Bieszczadzki. Kiedy jeszcze byłam piękna i młoda, czyli jakieś 7-8 lat temu, miałam taki niespełniony pomysł, aby pobiec na jakiś przyzwoity dystans czyli powiedzmy do 25 km w Biegu Rzeźnika (bo jest tak ciężki, że zarżnąć się można:). Ot, mrzonki, bo nigdy nie biegałam. Tym razem jednak postanowiłam przyłączyć się na trasie, oczywiście nie w celu pobiegnięcia, ale w celu przejścia tej trasy. Zaczęłam na Hyrlatej, potem do Roztok Górnych, na przełęcz, na Okrąglik, Jasło, Worwoskie i na małe Jasło. Do Cisnej nie zeszłam, bo musiałam wrócić w okolice szlaku na Hyrlatą, gdzie miałam auto, raczej niczym bym w to miejsce z Cisnej się nie dostała. Biegacze  biegli, ja szłam i pies ze mną. Sporo osób to komentowało, niektórzy chwalili, że pies taki ładny, inni chcieli psa pożyczyć, żeby ulżył w biegu:) Myślę, że nawet grubo ponad stu biegaczy, a może bliżej dwustu, nas widziało i było świadkiem mojej z psem wędrówki. A trasa dla biegu była naprawdę trudna. Na niektórych odcinkach biec się nie dało, bo za ostro w górę, za duże przewyższenie albo teren trudny, więc biegacze szli. W zależności od kategorii mieli do pokonania 14, 26, 52 lub 90 km. Udział brały kobiety i mężczyźni w wieku od 18 do pewnie około 70 lat. Niektórzy reprezentowali jakieś kluby, mieli wypasione obuwie, specjalne biegowe plecaczki, koszulki w barwach klubu lub sponsora, ale byli też amatorzy w ciuchach z decathlonu lub z szafy. Zwróciłam uwagę na pewnego starszego mężczyznę, siwego, na pewno dobrze po 60-tce, w zwykłych adidasach, w kurtce z ruskiego targu i podobnych spodniach do kolan, z butelką wody żywiec w ręce i tak pomykał, że młodzi mogliby pozazdrościć. Były kobiety, absolutnie nie ze sportową sylwetką, które pomagały sobie kijami do nordicu, sapały i jęczały, ale parły do przodu. Każdy, kto skończył bieg dostawał dyplom i za parę plnów mógł sobie zamówić medal. Nie byłam na bieg zapisana, to medalu nie dostałam:) Przeszłam jednak z psem 25,7 km po górach, po trasie biegu. Na koniec piesa położyła się w aucie i wzrokiem powiedziała " spróbuj mnie jeszcze gdzieś wyciągnąć i tak się nie ruszę" :) Wróciłyśmy do pensjonatu i dopiero wtedy zaczęłam odczuwać ból w łydkach i udach, przeszedł mi dopiero w poniedziałek. Jednakże to pokazuje, że  w przyszłym roku mogłabym oficjalnie pójść-pobiec na taką trasę 25-kilometrową, hmm...




Szlak graniczny (granica Polsko-Słowacka) prowadzi tak, że jedną nogą można być w Polsce, a drugą na Słowacji:)




Łopienka to dla mnie obowiązkowy punkt programu w Bieszczadach. Przed wyjazdem obejrzałam zdjęcia zgromadzone na dysku zewnętrznym i policzyłam: byłam w Łopience od 2007 roku 18 razy, ten był 19:) w Łopience jest cerkiew, odbudowana w czynie społecznym. Jest 2,5 km  od drogi i nie ma tam nic oprócz niej. A nie, jest jeszcze kaplica grobowa, w której czasem ktoś zanocuje:) I są wilki. Koło cerkwi byłam bardzo rano, akurat rozkładali się pracownicy grzebiący przy wykopaliskach i ostrzegli mnie, że niedawno na polanie za cerkwią biegały trzy wilki, no i żebym "uważała na psa":) Uważałam. Bardzo mnie cieszą prace wokół cerkwi, wygląda na to, że są odkopywane i odrestaurowane zarysy domostw dawnych mieszkańców wywiezionych w ramach akcji "Wisła". Trzeba będzie pojechać dwudziesty raz, żeby się przekonać, co z tego wyszło:)

Polańczyk trafił mi się pod drodze, więc zatrzymałam się kupić obiecane dziewczynom pamiątki. 




Ponieważ prognozy pogodowe na koniec mojego pobytu nie były zbyt dobre, postanowiłam nie szwędać się po górskich i leśnych szlakach, tylko skierować się w okolice Gór Słonnych. Tam pogoda była idealna.


Natrafiłam tu ciekawe miejscowości i miejsca, w tym trzy "Andrejkowy", znalezione przypadkiem, bo specjalnie za nimi nie chodziłam. Jeden w Tarnawie..

Zamek Sobień widziałam zimą, skusiłam się zajrzeć i teraz do ruin nad Osławą.



W Górach Słonnych była inwazja biedronek:) I na ruinach Sobienia, i na punkcie widokowym Serpentyny w Wujskiem i przy cerkwiach.

Mrzygłód zainteresował mnie starą zabudową; jest wsią, która zachowała układ urbanistyczny. Domy wzniesiono tradycyjnie wokół czworokątnego rynku i wąskich uliczek. Są one bliźniaczo do siebie podobne, szczytami ustawionymi do rynku, o jednakowych detalach ludowej ciesiołki.







... i  odkryłam tu dwa "Andrejkowy"



A takie "coś" stoi przy kościele, jeszcze nie odkryłam co to, ale wygląda ciekawie. Była msza, więc nie podchodziłam bliżej. Tradycja głosi, że świątynię wybudował król Władysław Jagiełło jako podziękowanie za zwycięstwo pod Grunwaldem, więc pewnie to jest jakieś nawiązanie do tego faktu. Zresztą pomnik Jagiełły pyszni się na brukowanym rynku.

W Mrzygłodzie jest też stary cmentarz rzymsko-katolicki.

W Kotowie odnalazłam ładną aktualnie restaurowaną cerkiewkę i starą kaplicę. Drewniana cerkiew greckokatolicka św. Anny, zbudowana została w 1923 roku na planie krzyża greckiego z centralną kopułą w tak zwanym narodowym stylu ukraińskim. Po II wojnie i po wysiedleniu ludności ukraińskiej marniała opuszczona, a w latach 50 XX wieku używana była jako magazyn miejscowego PGR i jako owczarnia. W 2012 Gmina Bircza rozpoczęła remont cerkwi, który trwa do dziś. Świątynia ma być przeznaczona na kościół rzymskokatolicki.




Zatrzymałam się także w Trepczy. Nazwa miejscowości Trebsch może wywodzić się od staroruskiego słowa “trepet”, co oznacza strach i przerażenie albo “treputie” (trzy drogi rozchodzące się w trzy strony). Dwa pobliskie wzgórza: Horodna i Horodyszcze, strzegą tzw. Wrót Węgierskich w Kotlinie Sanockiej. Po powrocie do domu poczytałam o tym w internecie i jest to bardzo zajmująca historia, a tym samym zbyt długa, aby Wam tu zawracać głowę:) Dawna  drewniana cerkiew greckokatolicka pod wezwaniem Zaśnięcia Bogurodzicy wzmiankowana była już w 1552 r. oraz w 1753 roku. W 1801 roku  cerkiew uległa pożarowi. Obecną wzniesiono w 1807 roku, wykorzystując budowlę starego zboru posocyniańskiego.  Rozbudowano ją następnie z końcem XIX stulecia.

ps. Socynianie to inaczej Bracia Polscy




Dalej... cerkiew w Hłomczy w otoczeniu pomnikowych dębów. Cerkiew została wybudowana na miejscu poprzedniej w 1859 roku. Jego budowę zainicjował Iwan Snihurski, greckokatolicki biskup przemyski oraz mecenas kultury. Tuż po drugiej wojnie światowej cerkiew używana była jako kościół katolicki. Miało to także związek z licznymi wysiedleniami mieszkańców. W latach sześćdziesiątych modlili się tu prawosławni, a od 1990 roku odnowiono w nim parafię greckokatolicką.





... oraz cerkiew w Łodzinie. Już w 1552 roku istniała tutaj parafia prawosławna, w 1664 postawiono nową cerkiew, w miejscu spalonej przez Tatarów. Obecna cerkiew Narodzenia Najświętszej Maryi Panny została wybudowana w 1743 roku. Dawniej wieś zasiedlona była głównie przez Ukraińców, których po akcji „Wisła” wysiedlono do ZSRR. Wtedy należąca do parafii greckokatolickiej w Hłomczy cerkiew z braku wiernych została opuszczona. Obiekt w końcu przejął kościół rzymskokatolicki i utworzył w nim kościół filialny Parafii Rozesłania Apostołów w Mrzygłodzie.



Cerkiew w Dobrej - dawna cerkiew parafialna grecko-katolicka p.w. św. Mikołaja, drewniana, zbudowana w 1879 r. później wielokrotnie remontowana. Obecnie funkcjonuje jako kościół filialny Rzymsko-katolicki p.w. Podwyższenia Krzyża.



A tu niżej proszę Państwa wdrapujemy się do cerkwi grekokatolickiej w Uluczu. Cerkiew stojąca na wzgórzu Dębnik (352 m.n.p.m.) jest dziełem rusińskiego kręgu kulturowego. Ulucka cerkiew została zbudowana w 1659 roku, co czyni ją trzecią najstarszą drewnianą cerkwią w Polsce. Starsze od cerkwi w Uluczu są jedynie cerkwie w Radrużu i Gorajcu, które też oczywiście odwiedzałam, nawet niedawno. Cerkiew stoi w zupełnym odosobnieniu, otoczona bukowym i dębowym starodrzewiem. Wzniesiono ją z drewna jodłowego, bez użycia pił. Cerkiew była częścią bazyliańskiego monastyru, który funkcjonował w tym miejscu do 1744 r. Bazylianie przenieśli się, a cerkiew stała się cerkwią filialną parafii w Uluczu. Oprócz funkcji sakralnej monastyr pełnił również rolę obronną. Wejście na szczyt wzgórza Dębnik było wówczas możliwe jedynie przez dwie bramy. Cały teren był jednocześnie broniony przez dwie baszty i dodatkowo otoczony fosą. Wzgórze Dębnik to dziś nie tylko mistyczne, dawne miejsce kultu, ale także niedostępna jednostka forteczna. Na teren monastyru nie udało się wedrzeć m.in. Szwedom w 1657 roku.








Większość nagrobków znajdujących się przy cerkwi pochodzi z I poł. XX wieku. Przy najwyższym na cmentarzu drewnianym krzyżu znajduje się tablica pamiątkowa poświęconą Michałowi Werbyckiemu, autorowi muzyki do hymnu ukraińskiego, który urodził się w Uluczu.


W niedalekiej odległości przy szosie zauważyłam taką tabliczkę, nie mogłam się nie zatrzymać:) Wskazuje kierunek na uroczysko, gdzie pod koniec XIX wieku we wsi mieszkało około 350 osób. Po II wojnie światowej wieś opustoszała. Dziś istnieje już tylko na mapie. Obecnie o istnieniu wsi w tym miejscu świadczy odnowiona przez społeczność ukraińską kaplica św. Jana oraz tablica drogowa z nazwą Hroszówka.




W Wołodzi (gmina Nozdrzec), małej wsi w zakolu nad prawym przegiem Sanu, od 1905 roku stoi murowana neogotycka kaplica grobowa Trzcińskich, ostatnich właścicieli Wołodzi. Po przyjściu Armii Czerwonej do Wołodzi w 1939 roku Franciszek Trzciński został wywieziony na Sybir, a żołnierze radzieccy najprawdopodobniej zamordowali jego żonę, gdy wracała od lekarza z Dynowa. Nie wiadomo, co stało się z ich córką. Za niszczejącą kaplicą znajduje się grekokatolicki cmentarz z wieloma nagrobkami. Obok kaplicy stoi parawanowa dzwonnica. Według miejscowych opowiadań, spiżowe dzwony ukryto przed najeźdźcą niemieckim i do tej pory ich nie odnaleziono.



Tyle podejrzałam przez dziurkę od klucza:)

Siedliska nad Sanem - w 1860 roku na miejscu starszej, zbudowano drewnianą cerkiew greckokatolicką pw. św. Michała Archanioła, którą rozbudowano w 1913 roku. Od 1949 r. cerkiew była użytkowana jako kościół rzymskokatolicki. W czasie II wojny na Sanie była granica między GG a ZSRR. Siedliska okoliczne wsie znalazły się po radzieckiej stronie. Większość mieszkańców wsi w ramach powojennej akcji "Wisła" została przesiedlona na tereny b. woj. słupskiego. W dniu 29 maja 1945 Dragan Sotirovič doprowadził w Siedliskach do podpisania zawieszenia broni pomiędzy UPA i polskimi oddziałami partyzanckimi, uznającego Sowietów za wspólnego wroga. Do zawarcia formalnego, trwałego porozumienia jednak nie doszło, ale zmniejszyło ono cierpienia polskiej i ukraińskiej ludności cywilnej.
W Siedliskach znaleziono skarb monet, świadczących o ówczesnych handlowych kontaktach tych terenów z państwem rzymskim. Są to monety Tyberiusza, Domicjana i Trajana.


Dąbrowa Starzeńska - dużą atrakcją wsi są malownicze ruiny zamku Stadnickich, ulokowane na wyniosłej skarpie nad Sanem. Z dużego niegdyś zamku zachowały się jedynie pozostałości baszt narożnych oraz zabytkowy park, pełen starych i rzadkich gatunków drzew. W przeszłości założenie  było bronione przez bramę obronną oraz fosy, które według miejscowej tradycji wykopać mieli jeńcy tatarscy. Cała zabudowa tworzyła zamknięty czworobok. W parku przetrwała piękna grabowa aleja, która prowadzi do kaplicy grobowej Starzeńskich.




No i tak oto mogłabym tu wymieniać dalej, a w ogóle to się ledwo powstrzymałam, żeby o każdym miejscu nie walnąć jakiejś epistoły, bo to naprawdę są wspaniałe historie:)

A zapomniałam jeszcze o Średniej Wsi!:)   
Średnia Wieś znana jest z tego, że tu pomieszkiwała przez wiele lat Ewa Henrietta Ankwicz, jedna z miłości Adama Mickiewicza. To ona była pierwowzorem dwóch postaci kobiecych: Ewy z IV części "Dziadów" i Ewy Horeszkówny z "Pana Tadeusza". Ponoć nieszczęśliwy romans pomiędzy Ewą, a Jackiem Soplicą i owa czarna polewka to opis w jaki sposób został potraktowany poeta przez rodzinę Ankwiczów. Pewnym jest, że ojciec Ewy Henrietty stwierdził, iż wolałby śmierć córki niż jej pohańbienie poprzez przez małżeństwo z poetą.

W Średniej Wsi znajduje się najstarszy w Bieszczadach drewniany kościół Wniebowzięcia NMP. Zbudowany pod koniec XVI lub na początku XVII w., przez większą część swojego istnienia służył jako kaplica dworska rodziny Balów, którzy władali tymi ziemiami. Przez krótki czas pełnił także funkcję zboru kalwińskiego. Jednonawowa, kryta gontem konstrukcja zachwyca doskonałymi proporcjami. Dobudowana w XX w. wieża jakby naturalnie uzupełnia bryłę budowli.
Ciekawostkę stanowi fakt, że prezbiterium jest zwrócone na południe, a nie jak w innych okolicznych świątyniach na wschód. Wewnątrz kościoła są późnogotyckie portale, a ściany pokrywa XVII-wieczna polichromia. Późnobarokowe ołtarze to dzieła twórców z Krosna, zaś płaskorzeźby drogi krzyżowej i niektóre elementy wystroju wykonali miejscowi artyści, m. in. słynny Jędrek Wasielewski "Połonina".




Na koniec znajdujemy pięknego grzyba słusznych rozmiarów i wracamy do domu; przywitała nas piękna noc i zgraja kotów:)


Gratuluję cierpliwości wszystkim, którzy dotrwali do końca i serdecznie dziękuję za wizytę:)

Zaczarować jesień

Starość to niezdolność do zmian. Gdzieś przeczytałam taką definicję i zapadła mi w umysł. Nie chcę się zestarzeć:) Przynajmniej nie za szybko. I nie teraz:) Dlatego każdy mój dzień jest inny, każdego dnia jakaś spontaniczna niewymuszona zmiana, mniejsza lub większa, ale zmiana. Nie musi być spektakularna. Ot, taka na przykład zmiana koloru włosów na czarny przed dwoma miesiącami. A za kilka dni zmienię znów na jasny. Zmiana umeblowania; wystarczy przesunąć biurko w inny kąt, przestawić półkę z książkami i już jest inaczej, pokój jak nowy. Zamierzam przemalować komodę w przedpokoju na ... czerwono:) Przestało mi smakować mleko, jogurty i żółty ser. Nie szkodzi. Bez problemu piję czarną kawę i jem ser biały i pleśniowy oraz kefir:) Potrzebna jest i rutyna, szklanka wody rano, poranne ścielenie łóżka, codzienne trzy razy spacer z psem  3-9 km niezależnie od pogody. Ale zmiana sklepu, w którym robię zakupy pozwoliła mi odkryć w niedalekiej okolicy fajne trasy na rowerowanie. Dobrze jest zmienić widoki znad kierownicy. Wymieniłam komplety pościeli, z białych i pastelowych na czarne i granatowe. Bo tak mi się teraz podoba:) Jutro powieszę lustro w innym miejscu, bo już za długo wisi w obecnym:) Wyrzuciłam stare patelnie, oprócz żeliwnej i zakupiłam nowe tefala. Słucham innej muzyki, odkryłam Laurę Marling, ulubiony Kortez ma teraz przerwę:) Itd itp...

Grunt to się nie zestarzeć mentalnie, niezależnie od tego, w jakim wieku jesteśmy:)

Wrzesień to czas ostatnich podrygów lata, na zmianę z jesienną pluchą. Wkoło domu i na działce trochę kolorów przetrwało nawet do października.






Na podwórkowych orzechach włoskich kicają wiewiórki, a po lipie moja kicia:)



Ostatnie dni typowo jesienne. Prawie cały czas pada z krótkimi chwilami na przejaśnienia. Przekopuję działkę. Jutro jadę do ogrodnika po sadzonki porzeczek czerwonych i czarnych. Będę też sadzić maliny na nowym stanowisku. Te stare rosną w tym samym miejscu już od kilku lat, czas na zmianę:) Mamy październik, ale jeszcze owocują. Naleśniki z serem i malinami...mniam... niebo w gębie! Albo zupka brokułowa ... albo dyniowa... rarytasy:)


Jeszcze zbieram ostatnie arbuzy. Mam w tym roku dynie pomarańczowe i zielone, tych zielonych jeszcze nie próbowałam, ciekawe jak smakują. Obstawiam dom jesiennymi kwiatami, najbardziej kocham astry. Odczarowuję słotne dni, których nie lubię; kolor, jasne oświetlenie domu, pachnące potrawy, barwne owoce na paterze, podnoszą poziom serotoniny:) A wiecie, że u kobiet jej poziom bywa większy nawet o 30 % niż u mężczyzn ? To dlatego faceci w pewnym wieku stają się tacy zrzędliwi, jęczący, z nosem na kwintę i pretensjami do świata, na samą myśl o takim osobniku aż mną wstrząsa, brrr!:)

Nastał czas grzybobrania. Na grzyby chodzę bez koszyka, wystarczy mi telefon:) A ponieważ grzybów nie jadam, to takie grzybobranie też mnie satysfakcjonuje:) Prawda, że piękne ? 





Te są moje ulubione, są takie delikatne, takie grzybowe niemowlaczki:)



Znów chodzimy z piesą na dłuższe wyprawy do lasu, bo już nie ma komarów i innego robactwa. Nawet w czasie deszczu w lesie jest nastrojowo, a może właśnie dlatego, że akurat pada ? Jest cicho, słychać trzask każdej złamanej pod butem gałązki i kapiące na liście krople... Ta cisza psa bardzo stresuje, jest uważna i nasłuchująca niespokojnie. Bardziej odważna jest w lesie, gdy jest w nim hałaśliwie, śpiewają ptaki, szumi wiatr, stukają dzięcioły... A w tym cichym jesiennym lesie trzyma się mnie i ścieżki, co chwilę strzygąc uszami.



Weekend miałam krótki, bo jednodniowy (wczoraj byłam w pracy 12 godzin, dobrze, że zdalnie), więc po południu wybrałyśmy się rozruszać kości na trasę 9,6 km, w deszczu i słońcu. Zmokłyśmy obie, ale co tam!:)







Sezon grzewczy rozpoczęłam, ale tak na raty. Grzałam w domu dwa razy po jednym dniu, kiedy miałam gości. Jest jeszcze ciepło. Na zimowe rozgrzewki nastawiłam nalewkę śliwkową:)  Malinowej mam jeszcze zapasy z zeszłego roku. Dostałam też rozliczenie za ostatnie pół roku i nowe rachunki za prąd za okres do marca 2023 r. Nie podrożało. I to jest dobra wiadomość wśród natłoku innych, bardzo niedobrych. Zastanawiam się też, dlaczego nie podrożała wódka ? Jakbym ja rządziła, podniosłabym w pierwszej kolejności ceny alkoholu i papierosów:) Że co ?! że ludzie bimber by pędzili ? E, tam. Nie w dzisiejszych czasach, gdy każdy już ma takie delikatne podniebienie po napiciu się różnych światowych win i whiskaczy:)

Trzymam kciuki za pogodę, bo w tym tygodniu wyjeżdżam na kilka dni w Bieszczady moje ulubione, podziwiać kolorowe połacie lasów i rude połoniny. Oczywiście poza Parkiem, gdzie psa nie wpuszczają, ale nic to. Czeka na nas Jasło, Okrąglik, Studenne, Tworylne i Krywe i kilka innych miejsc. Już się nie mogę doczekać:)

Chyba kończy się zima (yupiiii..;) Przedwczoraj było jeszcze nieco pochmurnie, jak niżej, ale powali już topnieje śnieg, którego nasypało w ...