Ciężka była ta pierwsza dekada kwietnia, za to dzisiejsza niedziela wynagrodziła wszystko. 1 kwietnia spadł śneg. Dzieciarnia wyległa na sanki. To był bardzo dziwny widok, jak na kwiecień. Opady były bardzo obfite i utrzymały się do 5 kwietnia. Tak wyglądała zachodnia część ogródka.
A tak las, po którym prawie codziennie spaceruję. Luka była zachwycona, kocha śnieg. Ja mniej:)
Śnieg był tak ciężki, że łamały się od niego gałęzie. Teraz cały las pokryty jest konarami sosen, niektóre młodsze drzewa połamały się jak zapałki.
Potem przyszła wichura. Musiałam z powrotem złożyć trampolinę i schować meble ogrodowe, żeby nie szukać ich później po wsi. A potem wybuchła wiosna.
Na zmianę ciepło, słonecznie i burzowo.
Po roztopach zalana jest łączka, po której piesa uwielbia biegać.
Jakby mało było tej pogodowej niepewności, trafiło mi się, że przez sześć dni z rzędu musiałam pracować na 7.00 rano. Dla mnie to makabra, środek nocy. Musiałam wstać najpóźniej 6.15, nakarmić zwierzyniec, wyprowadzić psa i zalogować się do pracy. Wieczorem, z nerwów, że tak wcześnie muszę wstać, nie mogłam zasnąć. Sen morzył mnie około 3 lub 4 nad ranem, a po 2-3 godzinach snu musiałam wstać. W pracy jeszcze trzymała mnie adrenalina, a potem chodziłam jak zombi. Dwa popołudnia odbierałam dziecko ze szkoły, zajmowałam się nią do wieczora, potem powrót do domu po 21.00 i od nowa to samo. Byłam tez umówiona na koncert zespołu FeelHarmonia, bardzo chciałam iść, więc kolejny wieczór zarwany. Grali utwory z okazji "wielkopostnej" czyli muzykę z filmu "Pasja", coś pięknego, fantastyczne wykonanie, wzruszające, bardzo profesjonalne. Nie żałowałam, że poszłam.
Tu oryginalne utwory z filmu, może ktoś zechce posłuchać, muzyka jest naprawdę piękna.
Miałam też wykupiony na ten tydzień bilet na koncert Renaty Przemyk, nie mogłam odpuścić:) Pani Renata jak zwykle dała czadu swoim pięknym donośnym głosem. Towarzyszył jej Wojciech Leonowicz. Na YT są utwory z tego koncertu, który jest już jakiś czas grany w wielu miastach w Polsce. Jednak zobaczyć na żywo, to co innego. Miałam bilet w ostatnim rzędzie w małej salce, kupiłam ostatni na ten dzień. I byłam zdziwiona, że pojawiły się osoby bez biletów, które czekały, że może ktoś nie przyjdzie i będzie wolne miejsce. Nie było i przy drzwiach do salki (koncert był dość kameralny) trzy osoby jednak zostały i błagały panią kontrolującą bilety, aby ich wpuściła:) A nawet kasy nie otwierali, bo wszystkie bilety były dawno sprzedane. Skończyło się to tak, że pani poprosiła dyrektorkę i ona pozwoliła wejść tym osobom i jakieś rozkładane krzesełka sobie przynieśli i koncert obejrzeli, upór popłaca:) Może kiedyś wypróbuję:) A ja pierwszy raz oszczędziłam 20 pln na bilecie jako posiadaczka miejskiej karty seniora , he he:)
Na koncertach nie można było robić zdjęć, ale po koncercie na sąsiadującej z teatrem kamienicy sfociłam taki mural. Czyja tam łepetyna leży:)?
Po tak ciężkim tygodniu musiałam się dziś wyspać, bo wczoraj też wróciłam do domu późno z wizyty towarzyskiej w mieście odbytej po pracy, wieczorem. Wstałam późno i poszłyśmy z piesą na spacer. Zapowiadała się ładna pogoda.
Po godzinie dreptania pomyślałam, że może by gdzieś wyruszyć z domu ? Odpaliłam auto i w drogę:) Gdzie opony poniosą:) Poniosły na tereny w trójkącie Chełm - Hrubieszów - Krasnystaw - Chełm, za mało było czasu, żeby jechać dalej. No i teraz już będzie nudno:) Będę się tylko zachwycać:) Bo pięknie tam jest! Pięknie, pięknie i pięknie! I miałam o 16.00 umówione spotkanie na cmentarzu:) Ale o tym potem.
To są okolice wsi Staszic - miejscowość ufundowana przez ks. Stanisława Staszica nosi jego imię.
Pochodziłam tam po polach i po lesie i oprócz śladów wiosny, znalazłam też pomnik pomordowanych w czasie II wojny światowej przez Niemców i Ukraińców. Wszak to pogranicze.
Na tych terenach oprócz nowych, bogatych domów, jest jeszcze dużo starej wiejskiej zabudowy. Z bliska krępowałam się fotografować, choć niektóre domy były naprawdę malownicze i ładne, jednak kręcili się przy nich ludzie, a ludzi nie fotografuję. Stoi wiele drewnianych stodół i są tam jeszcze prawdziwe studnie na korbkę, z których wyciąga się wiadra z wodą.
Ukształtowanie terenu jest fantastyczne, nie mogłam się napatrzeć.
A zobaczcie tu: brukowana szosa! Jechałam po takiej w dwóch miejscach, nigdy wcześniej nie widziałam szosy zbudowanej z kostki w kształcie cegły.
Pierwsze w tym roku bociany napotkałam we wsi Turowiec, bardzo się ucieszyłam ich widokiem. Wcale się nie bały, chodziły sobie niedaleko szosy.
Kościół św. Barbary w Turowcu został wzniesiona w 1832, prawdopodobnie z fundacji hrabiego Poletyłły, właściciela nieodległych Wojsławic. Po likwidacji unii (od 1865) funkcjonował jako cerkiew prawosławna. Około 1919 cerkiew została zamieniona na kościół rzymskokatolicki. W 1921 erygowano w Turowcu parafię.
Jakieś 300 m dalej znajduje się polsko-katolicka parafia św. Wawrzyńca w Turowcu zorganizowana w latach 1927–1928, obecnie jest jedną z najstarszych aktywnych parafii Kościoła Narodowego w Polsce.
Kolejnych 300 m dalej, przy skrzyżowaniu znajduje się XIX-wieczny unicko-prawosławny cmentarz. Najstarszy nagrobek z 1899 roku to ten z dużą płytą z wieńcem, leży pod nim mały chłopiec Tychon Lityński.
Kolejne kroki skierowałam na Białą Górę. Szlak zaczyna się koło starego cmentarza. Pogoda zaczęła się zmieniać, już słońce, za 5 minut pada, by znów zaświecić słońcem, a jeszcze się człowiek nie obejrzy, jak niebo znów zasnute chmurami. I tak już było do końca, jak w garncu, choć to kwiecień:)
Bardzo fajna krótka trasa na górkę wysokości 247,3 m npm, skąd roztaczają się piękne widoki na okolicę, trafiłam jednak na moment napływu ciężkich ciemnych chmur. A że chwilę wcześniej popadało, to buty miałam oblepione ciężką białą glebą. Górka bowiem zbudowana jest z wapienia, czy może margla ? Strasznie się toto lepi i maże:) Wróciłam do auta i pojechałam naprzeciw czarnej chmurze.
A to bocianki we wsi Leśniowice, a niżej świąteczne drzewka ustrojone w kolorowe jajeczka i tęczowe wstążeczki:)
Jadę dalej szosą przez pola do rezerwatu.
Rezerwat jest, ale susłów nie było. Podobno się wyprowadziły. Pochodziłam po trawach kserotermicznych, znów napodziwiałam się widoków, zarejestrowałam, że na zboczach wzgórz jest mnóstwo tarniny, więc jak tu pięknie będzie, gdy ona zakwitnie.. no i pojechałam dalej.
A jeszcze zauważyłam, że sporo w tym regionie różnych kapliczek i krzyży wotywnych, co wieś, co skrzyżowanie, to jakaś stoi.
No i jestem w miejscu spotkania. Zgłosiłam się kiedyś do takiej grupy społecznej "Cmentarze Pogranicza". I dzisiaj w Mołodiatyczach było spotkanie z okazji udostępnienia cmentarza do zwiedzania, wcześniej był zarośnięty krzakami i chwastami, nieoznaczony. Zgodnie z planem, spotkaniu przewodniczył przewodnik opowiadający o historii miejsca i miejscowości.
No i po spotkaniu pomyślałam, że pojadę już z powrotem do domu. Jadę, jadę i nagle na pole z krzaków wyłazi wielki pies, za nim drugi. I myślę sobie co to za idiota puszcza luzem takie wielkie psy (a jestem świeżo po lekturze "Psa Baskervilów":) I nagle zdałam sobie sprawę, że to nie psy! Podjeżdżam bliżej, zatrzymałam się na poboczu, grzebię w plecaku za aparatem, ledwo wyciągnęłam, jak nadjechała jeszcze furgonetka z jakiiś trzema "burakami", i jak tylko podniosłam aparat do zdjęcia, to te debile zaczęły trąbić i moje "psy" uciekły.! I tylko tyle udało mi się sfotografować z tej pary łosi:)
Widziane gdzieś po drodze:
Opuszczałam okolicę już o zmierzchu, więc kolejne zdjęcia robione już w czasie szarówki moim maleńkim aparacikiem nie zachwycają. W zasadzie to zastanawiam się, czy wymienić kaloryfery w domu czy kupić dobry aparat, ale decyzja jeszcze nie podjęta:) Nie bardzo chciałabym w zimie rozpalać ognisko w salonie, ale porządny sprzęt foto też kusi:)
Niżej: Cerkiew św. Mikołaja w Teratynie - wzniesiona w latach 1875-1882 w miejsce rozebranej cerkwi greckokatolickiej, z fundacji kupca Paschałowa (ofiarował 20 tys. rubli) i parafian (ofiarowali po 1 rublu). W latach 1920-1923 świątynia została gruntownie wyremontowana po zniszczeniach z okresu I wojny światowej. W 1946, w związku z wysiedleniem ludności ukraińskiej wyznania prawosławnego, Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny zgodził się przekazać budynek katolikom. Formalnie obiekt w rękach parafii prawosławnej pozostawał do 1947. Najpóźniej w 1953 przekazanie katolikom cerkwi teratyńskiej i gruntów należących dawniej do parafii prawosławnej zostało potwierdzone stosowną umową między Kościołem katolickim a prawosławnym metropolitą warszawskim i całej Polski Makarym.
Żegnałam Teratyn już przy wczesnym księżycu, odprowadzana przez strażników cerkwi, a one jak to prawdziwe "psy" - jeden dobry (dał się ogłaskać), drugi zły (tylko szczekał ) :)
Czarnym wieczorem byłam w domu, zadowolona, zmęczona, napatrzona na piękne krajobrazy, bogatsza o wiele wrażeń i różnej wiedzy, naoglądana bocianów, zajęcy, ptaków drapieżnych, bażantów, saren i łosi, nasłuchana śpiewu skowronków i innego ptactwa. Odpoczęłam:) I wracam do swojego standardowego trybu życia, czyli wstawania o 9.00, kładzenia się o 1.00:)
Dwa dni temu wieczorem, gdy wieś już spała, a wiatr odleciał w nieznanym kierunku, piesa wyprowadziła mnie na spacer. Mamy we wsi taki stary park. Jest tam kilka pomnikowych drzew i wydeptane ścieżki. Nie ma żadnej parkowej infrastruktury, bliżej temu parkowi do niewielkiego lasku. Wieczorem lubię tam chodzić. Czasem przestraszy nas tam sarna, czasem jakieś wielkie czarne ptaszysko:) Tym razem była totalna cisza. Prawie. Bo oto stanęłam ja, stanęła też piesa bez ruchu i w moje uszy wdarł się delikatny szelest. Raczej nawet taki mikro szelest. Trudno mi było odnaleźć źródło dźwięku. Był on prawie jak omam słuchowy. Przemieściłam się kawałek - to samo. Jeszcze kawałek - bez zmian. Coś szeleściło na identycznym poziomie decybeli. Schyliłam się. To szumiała ściółka z zeszłorocznych liści. Pod ściółką wyraźnie widać było młode zielone rośliny. To stąd był ten dźwięk, one po prostu rosły i wypierały ściółkę, stąd ten delikatny szelest. A rano, po kilkunastu godzinach park wyglądał tak:
Taki niby drobiazg, ale wywarł na mnie duże wrażenie. Cudowne uczucie. I jak tu nie cieszyć się życiem, gdy słyszy się rosnące rośliny:)?
W czasie ostatnich kilku dni codziennie po 2-3 godziny spędzałam na działce. Jest susza.
Przygotowałam miejsce pod pierwsze zasiewy. Na szczęście wczoraj w nocy wreszcie spadło nieco deszczu, jednocześnie - niestety - bardzo obniżyła się temperatura. Czeka nas tydzień niepogody. Może to i dobrze, bo planowałam weekendowy wyjazd, a zapowiedzieli się goście. Po przemyśleniu sprawy zdecydowałam się przenieść wyjazd na inny termin, bo wędrowanie w deszczu przy temperaturze kilku stopni do przyjemnych nie należy. Zatem będzie domowe ciepełko i wyżerka, eh... ta wyżerka to mój grzech główny. Niby mieszczę się w te same ubrania, ale sadełka coraz więcej, starość nie radość:)
Kiedy jeszcze była słoneczna pogoda, zrobiłam sobie wycieczkę na pogranicze Roztocza, w okolice miejscowości Frampol. Teraz to właściwie skromne miasteczko. Kiedyś idealne miasto. Wystarczy spojrzeć na układ ulic:
Prawda, że piękna pajęczynka :)? Frampol założony w 1705 roku przez Franciszka Butlera, pod koniec XVIII wieku miał aż siedem jarmarków. Stał się jednym z ulubionych celów osadnictwa żydowskiego - w 1880 r. ilość mieszkańców wynosiła 2154 osoby, w tym 1189 Żydów. Niestety w 1869 roku, Frampol będąc już przejętym przez Księstwo Polskie, utracił prawa miejskie, nie mogąc się podnieść po okupacji rosyjskiej.
Ćwiczebny nalot bombowy Luftwaffe we wrześniu 1939 roku spowodował zniszczenie 90 % miasta, którego jednak mieszkańcy nie opuścili - co więcej, odbudowali je po wojnie i kroczek po kroczku, odzyskali w 1993 roku prawa miejskie. Po osadnictwie żydowskim zostały tylko resztki cmentarza.
Miasteczko samo w sobie nie jest aż tak atrakcyjne, aby planować przyjazd do niego z daleka. Ja jednak lubię atrakcje nieoczywiste. Chętnie poczytałam o historii miasteczka, zwiedziłam je oraz najbliższe okolice.
Kirkut z 1736 r. na którym w czasie II wojny światowej rozstrzelano społeczność żydowską (52% ówczesnej ilości mieszkańców), a resztę wywieziono do obozów koncentracyjnych. Na tym nieco już zaniedbanym cmentarzu leży w zbiorowej mogile ponad 1000 ciał zamordowanych Żydów.
Bardzo ładnie zagospodarowany zalew. Spędziłam trochę czasu wygrzewając się na plaży, świetny relaks:)
Zespół kościoła parafialnego p.w. M. B. Szkaplerznej i św. Jana Nepomucena, murowany w latach 1873 - 1878, neogotycki. W tym kościele moja córka brała ślub, choć to ani jej ani niezięcia parafia i kawał drogi od nas. Chcieli mieć wesele w Lasach Janowskich, to mieli, a do tego akurat kościoła było niedaleko i bardzo im się podobał. Ile to już lat temu było...:)
Dawna plebania, drewniana, koniec XIX wieku. Zabytkowe kolumny przy wejściach do plebanii pochodzą z pobliskiego pałacu, który znajdował się w Woli Kąteckiej.
Liczne stare domy, no i ładne okolice.
Po drodze wystąpiłam też do Goraja, odległego o kilka kilometrów. Historia miejscowości, która od roku znowu jest miastem, jest równie ciekawa jak Frampola, a może nawet ciekawsza. O obu miasteczkach napiszę więcej na drugim blogu, jak tylko znajdę chwilę wolnego czasu.
Stare, ponad 100-letnie domy - nadal są zamieszkałe.
Kolejną wycieczkę po kilku dniach zrobiłam w przeciwnym kierunku. Bardzo ciągnie mnie na szlak starych cerkwi, ale to jest dwa kroki od ukraińskiej granicy, więc nie chcąc sobie dodawać stresu pojechałam zobaczyć pewien rezerwat w okolicach Chełma. Niestety, było to wielkie rozczarowanie. Rezerwat miał być bagienny, wiec spodziewałam się jakichś wież widokowych albo kładek, lecz nic z tego. No i pora roku dodatkowo obniżyła atrakcyjność miejsca. Jednak wyjazd nie poszedł na marne, bowiem znalazłam wśród pól w Czułczycach stary cmentarzyk prawosławny, a cmentarze, jak wiadomo, bardzo lubię oglądać:)
Na cmentarzu zachowały się nagrobki charakterystyczne dla stylistyki sepulkralnej prawosławia Cesarstwa Rosyjskiego. Do dziedzictwa ukraińskiego należą pochówki i nazwiska zmarłych osób, ale nie nagrobki. Rozumiecie ? Ukraińcy wyraźnie na każdym kroku odcinali się od jakichkolwiek związków z Rosją. To nigdy nie były bratnie narody. I nadal nie są. Cokolwiek by o tym nie myśleć, nacjonalizm zawsze miał się dobrze w Ukrainie.
Zdjęcie pochodzi z ogromnego nagrobka rodziny Bejdów. Bejdowie byli znaczącym rodem bogatych ruskich chłopów czułczyckich. Wiadomo, że w 1793 roku członek bractwa cerkiewnego Kiryk Bejda ofiarował parafii funt topionego srebra na 4 narożniki dla oprawy Ewangelii . W 1818 roku greckokatolicki paroch Sawina, Jewstachij Grzegorzewski, w inwentarzu wyposażenia cerkwi i plebanii w Czułczycach wymienił Iwana Bejdę, którego pole graniczyło z plebańskim. W innym inwentarzu, z 1846 roku, wynika, że we wsi istniało bractwo cerkiewne, któremu współprzewodniczył Józef Bejda. Franciszek Bejda miał lub obsiewał tyle pola, że w latach 50. ze wszystkich stron otaczały one zabudowania plebanii. Przedstawiciele tej rodziny do dziś zamieszkują Czułczyce. Grobowiec z 2015 roku obejmuje 10 grobów osób z rodziny, które wcześniej pochowane zostały w jednym rzędzie obok siebie. Na tablicy nie podano dat ich życia i śmierci. Grobowiec ufundowała osoba prywatna.
W Czułczycach jest też ładny kościół z kopułami - jak się domyślacie, dawniej była to cerkiew, no, ale historia tego miejsca jest dość przewrotna. Bo pierwsza cerkiew pw Kosmy o Damiana z XV w była w pełni ukraińska. We wsi żyło więcej Ukraińców niż Polaków aż do II wojny światowej, potem się spolonizowali. Co prawda niektórzy wyjechali na wschód, na Ukrainę, ale dużo ich zostało uważając się już za Polaków. Cmentarzyk, o którym wyżej wykorzystywali do pochówków jeszcze przez kilka dziesięcioleci po wojnie. Wracając do cerkwi: ta ukraińska uległa zniszczeniu w latach 1651-1655 w czasie walk hetmana Bohdana Chmielnickiego o naprawę Rzeczpospolitej i utworzenie ruskiego państwa kozackiego. I ta nowa następna cerkiew drewniana wzniesiona w 1763 lub w 1786 roku, ta prawosławna cerkiew zbudowana przez władze Imperium Rosyjskiego, nie stanowi już ukraińskiego dziedzictwa kulturalnego, choć Ukraińcy mieli tu nadal większość narodową! Ukraińcy nie przyjęli jako jako swojej, wypięli się na nią. W 1905 roku na jej miejscu z fundacji rosyjskiego szlachcica Kławdija Paschałowa zbudowana została obecna cerkiew murowana. Zamknięta przez rząd RP po I wojnie światowej. Czynna jako cerkiew prawosławna w latach 1939-1944. Przywłaszczona w 1945 roku jako świątynia łacińska św. Rocha przez Kościół rzymskokatolicki stoi nadal i ma się całkiem dobrze.
A to już Przysiółek i drewniany kościół p.w. Wszystkich Świętych zbudowany w 1764 r. na miejscu wcześniejszych świątyń. Jest to jeden z cenniejszych przykładów drewnianej architektury sakralnej z XVIII w. na Ziemi Chełmskiej. Od 1945 roku do chwili obecnej kościół pełni funkcję kaplicy cmentarnej. Budowla jest na planie kwadratu, z kruchtą i zakrystią, posiada konstrukcję zrębową. Jest oszalowana i wzmocniona lisicami. Obok znajduje się drewniana dzwonnica z początku XIX wieku.
Nie miejsce na to, ale mam z tych odwiedzonych miejsc tyle informacji w głowie, że napisałabym chyba epistołę:) ledwo się powstrzymuję, jednak dopiero na drugim blogu się wyżyję.
Dziękuję tym co wytrwali i dotarli do tego miejsca:)
I donoszę, że w międzyczasie moja najmłodsza wnuczka, która dopiero co się urodziła, skończyła trzy latka. Jak to możliwe ???
No i tak oto czas płynie, codziennie coś nowego, jak nie w życiu domowym, to w towarzyskim, o publicznym nawet nie wspomnę, bo głowa pęka od wiadomości. W pracy ruch. W poniedziałek mam spotkanie w sprawie niewielkiego awansiku, raczej symbolicznego i nie wiążącego się z większym wynagrodzeniem, ale samo uznanie też się liczy. Wiem już, że w święta wielkanocne będę pracować, ale mnie to nie boli, przynajmniej uniknę większego goszczenia się, tylko jakieś drobne rodzinne spotkanie przy kawce i ciastku.
Przygotowuję się duchowo na wymianę kaloryferów, przypuszczam, że z miesiąc mi to myślenie zajmie, bo wiem, że trzeba, ale wizja remontu przyprawia mnie o ciarki:) No i za jednym razem wymieniłabym podłogę w sypialni, bo już się przymierzam jakiś czas do tego.
Obejrzałam chyba ze 30 czy może nawet więcej odcinków pewnego serialu (takie po 25 minut:), ale nie jestem zdecydowana, czy go polecić czy nie, bo na początku mnie bawił, a im dalej w las, tym zrobiło się straszniej, znaczy się beznadziejniej. A ostatniego odcinka to w ogóle nawet lepiej nie oglądać, więc nie obejrzałam do końca. No to mam przesyt i pewnie następny obejrzę znów za jakieś 3-4 miesiące, jak nie późnej. Za to czytam namiętnie i z czystym sumieniem polecam "Białe. Zimna wyspa Spitsbergen" Ilony Wiśniewskiej oraz "Zachód Słońca na Santorini. Ciemniejsza strona Grecji" Dionisosa Sturisa, która wcale nie jest o Santorini, a o nacjonalizmie w greckim wydaniu.
I słucham namiętnie pani Montserrat Caballe, zakochałam się w jej muzyce kilka lat temu w Muzeum Salvadora Dali w Figueres, spoglądając na cadillaka ze ślimakami we wnętrzu, w którym wciąż pada deszcz...:) Słońce grzało mi w twarz, gdy siedziałam na murku, a pani Caballe śpiewała jakąś arię. Wydaje mi się, że była to zapętlona pieśń "Prayer". Przez kilka lat zapomniałam, jak bardzo lubię tę artystkę. Kiedy odnalazłam w internecie wspomnianą pieśń, zakochałam się ponownie:) Prawda, że piękna ?