Przedwiośnie

Kiedy budząc się rano widzę takie niebo, nogi same prowadzą mnie w plener:)



To było w poprzedni poniedziałek, po  okropnym pogodowo weekendzie, który zepsuł mi moje plany wyjazdowe. Korzystając z ostatniego wolnego dnia, który obiecywał pogodę, odwiedziłam Roztocze. Wspaniale było wędrować z kosturem w garści, rokoszować się śpiewem skowronków, grzać w ciepłym słońcu. Zieleń jeszcze tylko na polach, ale już niedługo wiosna wybuchnie paletą barw...








Las Łukaszowiec poprzecinany wąwozami raduje ogromną ilością śnieżyczki zwanej przebiśniegiem.






Stawy Echo czekają na turystów; piasku coraz więcej, mocno podchodzi pod las robiąc sporą plażę na letni wypoczynek.



W zaciszu sosnowym piknikowałam ponad godzinę, aż przyszła pora powrotu. W drodze, zachód słońca zastał mnie nad rozlanym Wieprzem koło Tarnogóry.




Ostatni tydzień dopisał pogodowo, pracowałam na działce i w ogródku, ale niewiele. Nocą są jeszcze przymrozki, nie ma co odsłaniać delikatnych listeczków z jesiennej okrywy. 
Byłam wczoraj na koncercie piosenek, niby z okazji wielkiego postu, ale piosenki świeckie, np. Modlitwa Nalepy albo Zamiast Edyty Geppert, jeden z wykonawców śpiewał pieśni w stylu dalekowschodnim, z takim żydowskim zaśpiewem - bardzo to było interesujące.
Dziś niestety, spędzam dzień w pracy - ale jaka to praca, skoro udało mi się przeczytać ponad połowę "Malowanego welonu" Somerseta Maughama:) To dlatego, że to tylko dyżur, tak na wszelki wypadek, ale trzyma mnie w domu konieczność dostępu do komputera. 
Jeszcze tylko pół godziny, a potem ruszamy z psem na półbiegową 10-kilometrową trasę, natomiast po powrocie pakujemy się, bo jutro o świcie ruszam w Bieszczady. Zdradziłam jakiś czas mojemu synowi, że nigdy nie widziałam kwitnącej "na wolności" śnieżycy wiosennej, która ma swoje siedliska właśnie w Bieszczadach, a mój syn na to: "więc na co czekasz, jedź bo przekwitnie. Może w przyszłym roku lub w każdym kolejnym z jakiegoś powodu już tego nigdy nie zrobisz. Nie odkładaj, jedź teraz". 
No to jadę:)

Co szpeci wieś

Chodzę tak sobie czasem po wsi (mojej i okolicznych) i podziwiam przyrodę, łąki, lasy, rzeki - pięknie tu. Spotykam czaple, łabędzie, nawet zimorodki, żurawie, sarny, łosie, jelenie... Żyć, nie umierać... Sielanka. Tak, dobrze się tu czuję, podoba mi się i uważam, że to moje miejsce. Mogę się odizolować, nikt mnie w domu nie nachodzi, nie chcę - to nie muszę patrzeć na ludzi, robię co chcę na swoich arach. Mam w domu wszystko to, co w mieście plus koty i psa:) Poranną kawę mogę wypić pod jaśminem przy świergocie sikorek, a wieczorem posiedzieć na huśtawce i posłuchać słowika. O negatywnych stronach mieszkania na wsi też czasem pisałam. Błoto, daleko do obiektów kultury itp, ale to mi nie przeszkadza, jeśli chcę to jadę na koncert lub do teatru, lub w odwiedziny i odległość mi nie straszna, te 25 km pokonuję szybciej niż moja koleżanka kilka przystanków przez miasto. Na błoto mam dwie pary kaloszy. Zimy są trochę przygnębiające i szare, ale w mieście czułam to samo. No to chodzę po tych wsiach i czasem bywam rozdrażniona, a czym ? A tym.

1. Panele fotowoltaiczne. Nic tak nie szpeci wsi jak panele. Jeszcze jak ktoś je umieścił na dachu, to da się przeżyć. Ale w co drugim domu stoją w ogródku, bywają powieszone na ścianie między oknami, stoją na środku podwórka na metalowych konstrukcjach. Mamy nawet na wsi panele na łące na skraju lasu, obok latarnia od roku świeci każdej nocy - jaki to ma wpływ na czaple, które mieszkały w pobliżu, okaże się tego lata. Obawiam się, że wpływ będzie negatywny, bo jest ich coraz mniej - światło zaburzyło ich cykl dobowy. Spróbujcie żyć w wiecznym świetle w nocy, zwariować by przyszło. Są panele ustawione tak, że mieszkańcom zasłaniają widok z okna. Szlag by mnie trafił, jakbym wyglądając przez okno zamiast mojego ogródka widziała ohydny tył paneli.

Tu w linku to nie jest moja wieś, to zdjęcia znalezione w internecie, ale w większości wsi tak to właśnie wygląda, albo jeszcze gorzej, co za paskudztwo! TUTAJ

Boję się myśleć, co będzie za kilka lat, jak komuś panele spłoną albo się uszkodzą. Co prawda w środku krzem, poza tym szkło i aluminium, niby nic toksycznego, ale chłop na wsi nie odda ich do recyklingu, bo to kosztuje, tylko rzuci za stodołą. Zresztą konia z rzędem temu, kto poda choć jeden adres zakładu utylizacyjnego. Niby panele mają żywotność 15-20 lat, ale to szybko zleci. Podobno zakład instalujący ma odebrać je  po zużyciu, ale ile tych firm jeszcze będzie za te 15-20 lat ? Może jakieś pojedyncze zostaną, reszta po boomie się zamknie.

2. Popiół. Płakać mi się chce, jak w rowach obok pól widzę wysypany popiół. Nie rozumiem tego. Raz w miesiącu zakład komunalny zabiera popiół. Wystarczy kupić  rolkę specjalnych grubych worków za 24 pln, wystarcza na rok, a jak komu szkoda, to może pakować do tych na odpady zielone, też zabierają. I to jest usługa w cenie abonamentu kwartalnego za odpady, nic się nie dopłaca. A jednak są tacy, którzy dodają sobie roboty, ładują taki worek do auta, wywożą za wieś i wysypują w rów pod osłoną nocy. Dla mnie to głupota nie do pojęcia! Jednak, jak widać w internecie, jest to powszechna praktyka: TUTAJ Kiedyś na moją działkę też ktoś podrzucił, ponieważ podejrzewałam kto, to sobie z tą osobą porozmawiałam i się skończyło, zatem trafiłam dobrze. Mój sąsiad jakieś trzy lata temu wysypywał popiół pod płotem, na granicy mojej i jego działki. Spadek terenu jest na moją stronę, więc zwróciłam uwagę, aby posprzątał, bo po każdym deszczu kwaśna woda spływa na mój grunt. Przestał tam sypać, teraz zasypuje popiołem rów przy swojej drodze. Czy ja jestem nienormalna, że nie jestem w stanie pojąc takiego debilizmu ???

3. Butelki. Nie jest tajemnicą, że w każdej wsi, tak samo jak i w każdym mieście, są tzw. żule. U nas na wsi też jest ich kilkoro, w tym kobieta, niegdyś wybitna medyczka z miejskiego szpitala (ale to opowieść na inną okazję). Towarzystwo pije i wyrzuca butelki. Są dyskretni. Nigdy nie wystawają za dnia na drodze, nie piją na ludzkich oczach. Nie wiem, kiedy piją, nigdy nie widziałam ich z butelką w ręce, w końcu ich nie śledzę, widuję ich jednak pijanych. Może imprezują i włóczą się po nocach. Natomiast nasza wioskowa aleja do wsi i droga przez wieś usiane są butelkami po wódce, piwie, tanim winie. Teraz, kiedy jest już prawie po zimie (bo akurat dziś właśnie pada śnieg:), a  chwasty i trawy jeszcze nie odrosły, widać na poboczach setki butelek, naprawdę setki. Ile pieniędzy poszło na "przelew" ?


Tknięta złym przeczuciem, poszłam na działkę mojej śląskiej córki. Przeklinając na czym świat stoi wyciągnęłam spod porastających brzeg działki krzaków czarnego bzu, worek butelek po alkoholach!
W kwietniu, jak co roku, pewna grupa mieszkańców wsi, w tym i ja, zaopatrzona w worki, posprząta wieś. Biorą w tym udział także wioskowi żule:)


4. Odpady płynne. Nie jest tajemnicą, że wielu gospodarzy odpady z szamba wylewa na pole. Kiedy zamieszkałam na wsi i regularnie zaczęłam zamawiać szambiarkę, wiele osób pytało mnie, po co ten wydatek, przecież mam działkę i tam mogę wylać. A kiedy tłumaczyłam, że na działce uprawiam jedzenie i nie będę go jadła z pola zalanego odchodami  i resztkami proszków do prania, widziałam w reakcji jedynie wzruszenie ramion. Bardzo rzadko widzę na wsi szambiarkę. Nowsze domy mają nowoczesne oczyszczalnie, ale w co drugim domu jest zwykłe szambo - jego zawartość ukradkiem w nocy wylewana jest na pola. Kilka lat temu takim sposobem jeden z sąsiadów zalał mi działkę (źle ułożył szlauch na swojej ziemi i rzeka brudów popłynęła do mnie), za co zrobiłam awanturę i zagroziłam zgłoszeniem do gminnego wydziału ochrony środowiska i na policję, kara ponad 5000 pln na tamte czasy przestraszyła go. Od tamtej pory mamy układ, że jak zamawiam szambiarkę do siebie, to i  zabiera z jego szamba, i rozliczamy się za wywóz wg wywiezionych metrów sześciennych. Układ działa sprawnie.
Padło mi na głowę od widoku szamba wylewanego na pole i od trzech lat nie piję wody z kranu. Gotuję na wodzie z 5-litrowych pojemników ze sklepu. Nie mam uzasadnienia dla tego typu postępowania, ponieważ co trzy miesiące pan spisujący licznik bierze ode mnie próbkę wody do badania i od kiedy mieszkam, tylko dwa razy były w niej zanieczyszczenia, ale w tak minimalnej ilości, że i tak spełniały normy. Spytacie, dlaczego bierze te próbki ? Zgłosiłam się na ochotnika, żeby brał ode mnie, bo i tak musiałby brać je od kogoś dla kontroli jakości wody. Tym sposobem mam informacje z pierwszej ręki.


4. Dzikie wysypiska. Są w całej Polsce, w lasach, przy drogach, na nieużytkach. Oto dowód: TUTAJ 
Mamy i my. Aby oddać sprawiedliwość, to nie mieszkańcy naszej wsi zaczęli. Na skrzyżowaniu dróg, na nieużytku, swoją bazę założyła ekipa remontująca drogę. uklepali ładny placyk, gdzie stawiali swoje maszyny i składowali materiały. Po remoncie zabrali wszystko, a placyk został. Zaczęli się na nim zatrzymywać podróżni: odpocząć i zjeść, skoczyć w krzaczki. Najpierw pojawiły się opakowania z mcDonalds, butelki, papiery, worki foliowe. Potem ktoś dorzucił worek z tekstyliami. Potem worek ze śmieciami. Potem jakiś styropian. Stara lodówka. Pudełko z nieżywym psem (naprawdę!) Futryna okienna. Odpady budowlane. Potem już szybko poszło! Zgłosiłam do gminy 2 tygodnie temu. Nic się nie dzieje. Pewnie nie ich teren. Może zarządu dróg ? Poczekam jeszcze do końca marca, a potem czeka mnie wizyta u sołtysa i ponownie w gminie, bo nie odpuszczę. Kiedyś ktoś chciał tu zakopywać jakieś plastikowe niebieskie beczki, powiadomiłam policję i  gminę, pogonili dziada od razu. Teraz uważają chyba, że śmieci są bardziej bezpieczne.

A poza tym, ludzie na naszej wsi mają czysto w domach i obejściach, mają czyste sprawne samochody, ładne ogródki, w niedzielę spacerują w ładnych czystych ubraniach. Dbają o dzieci, którym niczego nie brakuje w porównaniu z dziećmi z miasta. Wieś ma dwa oblicza:) A może nawet trzy lub cztery.


Na zdjęciach przegląd pogodowy z ostatnich dni, jak to w garncu w tym marcu:) Miałam na dziś i jutro plany wyjazdowe, które pogoda pokrzyżowała. Wczoraj do nocy była wichura i burza śnieżna. Dziś nadal wietrzysko i przejmujące zimno. Wyjazd miał być przyjemnością, więc w tych okolicznościach zrezygnowałam i mam niedzielę czytelniczą przy szarlotce. Zobaczymy, co będzie jutro, mam plan awaryjny, jednodniowy, jeśli pogoda się poprawi.

Prowincjonalnie

Przyleciały! Już są! Nasze wioskowe żurawie! I widziałam dziś klucz lecący do Poleskiego Parku, ogromny, pewnie ponad 100 ptaków! Cudownie:)! W ogródku kwitną przebiśniegi, żonkile już wysoko wyrosły, pęcznieją bazie na wierzbach, wraca życie:)

Jeszcze, żeby cieplej było...  Ostatnie podrygi zimy w Poleskim Parku, na Spławach, kilka dni temu. Też ładnie, ale paniusi zimie już podziękujemy, fora ze dwora!:)





Trafiłam akurat na czas, kiedy śnieg już topniał i rozmarzały bagna. Moja ulubiona trasa, prawie 9 km, za każdym razem wygląda inaczej - bardzo lubię tu przyjeżdżać. Widziałam łosie wracając do domu. Zauważyłam, że bardzo często wychodzą na żer na granicy dnia i nocy, o zmierzchu. Tak było i tym razem. Niestety, zarówno łosie, jak i stado saren widziałam z auta i choć zatrzymałam się, aby je obserwować, to na zdjęciu telefonem zamiast zwierząt wyszły tylko plamy. Natomiast na psim spacerze widziałam małe stadko jeleni, które wyszło przed las na popas na polach. Były ogromne, z wysokim porożem, cztery sztuki. Zauważyły nas, niestety i pobiegły na pole w drugą stronę, więc krótko było mi dane cieszyć się tak rzadkim widokiem. 

Coraz częściej trafiają mi się poranne godziny pracy, przeważnie od 7.00. Jedyny pożytek z pracy od świtu był taki, że w walentynki mogłam skorzystać z zaproszenia do kawiarni, a potem poszliśmy na koncert w filharmonii. Był cudowny! Dwie godziny z muzyką graną na santurze z towarzyszeniem gitar i różnych drobnych tzw. perkusjonali, których nazw nawet nie znam. Grał i śpiewał z zespołem pan Jahiar Azim Irani, muzyk perski, od 27 lat mieszkający w Polsce.


Na koncercie wykonywali muzykę bardziej dynamiczną, a do części utworów w stylu flamenco dołączała tancerka. Jan Jahir to bardzo wesoły, komunikatywny człowiek, bardzo sympatyczny. Poszłabym na taki koncert jeszcze parę razy:)

Innego dnia całe popołudnie i wieczór spędziłam z koleżankami na spotkaniu w restauracji. Parę godzin rechotu, opowieści i wymiany opinii minęło jak z bicza trzasnął, wróciłam koło 1 w nocy, a o 6.00 wstałam. Nie dla mnie czas skowronków:)

Byłam też w teatrze. Zaczęło się tak, że dwa miesiące temu przeczytałam książkę Marii Peszek "Naku*wiam zen", jest to coś na podobieństwo wywiadu córki z ojcem Janem, taka wymiana myśli, rozmowa. Książka mi się podobała. Nakręcona jej treścią natknęłam się na informację, że Jan Peszek przyjedzie do naszego dużego miasta ze swoją sztuką, więc natychmiast nabyłam bilet. I... nie podobało mi się. Sztuka była adaptacją "Czarnego Mnicha" Czechowa. W dużym uproszczeniu - w noweli bohater Andrzej Kowrin czuje jak w nim narasta szaleństwo, ale nie jest wcale z tego powodu nieszczęśliwy, a nawet wręcz przeciwnie. Jednak otoczenie i przyjaciel lekarz naciskają na niego, żeby coś z sobą zrobił i wrócił do normalności, więc jedzie na wieś odpocząć. Tam zakochuje się w nim Tania, córka gospodarza, z którą filozof się żeni. Jednakże po nocach widuje postać czarnego mnicha z legendy, więc rodzina uznaje go za pomylonego i oddaje do psychiatryka, gdzie leczony wraca do zdrowia, ale też na powrót czuje się nieszczęśliwy i w końcu umiera. Abstrahując od przesłania, oczekiwałam od aktorów tej klasy więcej niż nam na scenie dano. Oprócz Jana Peszka wystąpił jego syn Błażej w roli filozofa oraz synowa Katarzyna w roli Tani. Wszystko mi zgrzytało. Katarzyna 52-letnia kobieta grała rolę młodziutkiej Tani, eh, fatalnie to wyszło... brak było w tej postaci świeżości bohaterki, na scenie stała - proszę o wybaczenie - stara baba z poważnym głosem, a nie młode wiejskie rosyjskie dziewczę z lnianym włosem na głowie. Błażej Peszek w roli Andrieja był nieprzekonywujący, w ogóle nie zagrał tego co najważniejsze, że szalony filozof był szczęśliwy. Bez oddania tego faktu, cała sztuka nie miała sensu. Jan był narratorem, miotał się i kręcił tyłkiem na scenie. Obejrzałam całą sztukę, na szczęście była krótka. Po zakończeniu przedstawienia widzowie ledwo coś poklaskali i poszli do domu. Nie wywołano aktorów na scenę ani razu. No to chyba większość miała takie samo zdanie jak i ja:) Jakoś specjalnie za Peszkami nie przepadałam i nie przepadam nadal:)
Ale książka była dobra:)

Luty nie jest dobrym miesiącem na wycieczkowanie, przynajmniej dla mnie, ale żeby nie było, że stałam się jakąś domatorką, to wybrałam się na jeden dzień w Pradolinę Wieprza i okolice:) Teren bardzo ciekawy i ładny,  ale... oczywiście latem! Zimą jak wszędzie, tak i tu szaro i ponuro, słońca jak na lekarstwo pięć minut dziennie.  Na drugim blogu i napiszę o tych miejscach więcej, jak tylko znajdę na to czas. Teraz kilka surowych zdjęć z trasy. Zaczęłam od Kośmina. Tutaj znajduje się zabytkowy dwór Kossaków – miejsce urodzin Zofii Kossak, wybitnej polskiej pisarki.


 
Chata we wsi


Kaczki idą popływać w ślepej odnodze rzeki Wieprz



Markuszów - kościół Św. Ducha z lat 1608-1609. Mimo, że odbudowany po zniszczeniach, zachował pierwotny wygląd.


Rzeka Wieprz w Osmolicach, koło dworu


 
Zalane łąki


Klasycystyczny pałac w Sobieszynie wybudowany na przełomie XVIII i  XIX wieku .  Pałac stanowi część zespołu pałacowo-parkowego. Wszystko w podobnej ruinie, obecnie teren prywatny, zakaz wstępu.


Neogotycki kościół parafialny p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego. Został zbudowany w latach 1893-1896 i ufundowany przez Kajetana hr. Kickiego. Kościół zaprojektował warszawski architekt Paweł Wóycicki. Nieopodal kościoła znajduje się plebania z eklektycznymi elementami. Za kościołem fajny las:) A w nim kury:)



Przy kościele ciekawy grobowiec rodziny Balickich.


A w kościelnej ścianie, od tyłu, za kratką mieści się ... piwnica? No, piwnica, grobowa taka. Trumny Kickich tam stoją, hrabiów Kajetana i Marii znaczy się, tych od pałacu:)



Mały zalew na rzeczce Zalesiance w Pradolinie Wieprza, w tle pałac w Sarnach, niedostępny do zwiedzania. co prawda podjechałam blisko, popatrzyłam sobie przez bramę, jakaś fundacja tam jest, z tyłu jakiś zakład samochodowy czy blacharz, więc nie pchałam się dalej.


Ułęż - kaplica grobowa Janickich, na wzgórzu wśród drzew. Pochowano tu ostatnich właścicieli Ułęża.

        
Stawy w  Żabiance



Kościół w Żabiance na skraju skarpy wieprzańskiej.  Spod kościoła piękne widoki na stawy i łąki. Wnętrza nie widziałam, drzwi były zamknięte.


A dziś wieczorem nie robię nic. Może jaki film obejrzę. Miałam rozliczać podatki, ale strasznie się wkurzyłam jak zalogowałam się do urzędu skarbowego - mam prawie 1000 pln dopłacić ! To przez ten dziadowski nowy ład pisowski, co to zmieniał naliczanie podatków pięć razy w roku. Biorąc pod uwagę, że po polskim nieładzie muszę płacić 200 pln podatku więcej co miesiąc, to jestem zbulwersowana. Na pewno się teraz nie rozliczę. Zrobię to 30 kwietnia:) Zresztą, może się okazać, że system skarbowy źle te podatki liczy, bo już słychać takie głosy, i jeśli będą poprawiać, to na koniec kwietnia będę miała mniej (no, chyba, że więcej:) tego podatku do dopłaty. Bo pani księgowa w pracy przysięga, że liczyła dobrze.

Ale, żeby na koniec nie było o pieniądzach, to wspomnę jeszcze, że przeczytałam (oprócz wielu innych) arcyciekawą książkę Gustava le Bon "Psychologia tłumu". Facet nie żyje już prawie od 100 lat, książkę napisał 128 lat temu, a aktualna co do joty! Polecam, w empiku można zamówić za śmieszne 10pln. 

Poza tym mam się dobrze, czego też życzę tym, którzy może jeszcze mnie pamiętają i czasem zaglądają:) Ja do Was zaglądam, czytam, ale rzadko się odzywam.

Chyba kończy się zima (yupiiii..;) Przedwczoraj było jeszcze nieco pochmurnie, jak niżej, ale powali już topnieje śnieg, którego nasypało w ...