Prowincjonalnie

Przyleciały! Już są! Nasze wioskowe żurawie! I widziałam dziś klucz lecący do Poleskiego Parku, ogromny, pewnie ponad 100 ptaków! Cudownie:)! W ogródku kwitną przebiśniegi, żonkile już wysoko wyrosły, pęcznieją bazie na wierzbach, wraca życie:)

Jeszcze, żeby cieplej było...  Ostatnie podrygi zimy w Poleskim Parku, na Spławach, kilka dni temu. Też ładnie, ale paniusi zimie już podziękujemy, fora ze dwora!:)





Trafiłam akurat na czas, kiedy śnieg już topniał i rozmarzały bagna. Moja ulubiona trasa, prawie 9 km, za każdym razem wygląda inaczej - bardzo lubię tu przyjeżdżać. Widziałam łosie wracając do domu. Zauważyłam, że bardzo często wychodzą na żer na granicy dnia i nocy, o zmierzchu. Tak było i tym razem. Niestety, zarówno łosie, jak i stado saren widziałam z auta i choć zatrzymałam się, aby je obserwować, to na zdjęciu telefonem zamiast zwierząt wyszły tylko plamy. Natomiast na psim spacerze widziałam małe stadko jeleni, które wyszło przed las na popas na polach. Były ogromne, z wysokim porożem, cztery sztuki. Zauważyły nas, niestety i pobiegły na pole w drugą stronę, więc krótko było mi dane cieszyć się tak rzadkim widokiem. 

Coraz częściej trafiają mi się poranne godziny pracy, przeważnie od 7.00. Jedyny pożytek z pracy od świtu był taki, że w walentynki mogłam skorzystać z zaproszenia do kawiarni, a potem poszliśmy na koncert w filharmonii. Był cudowny! Dwie godziny z muzyką graną na santurze z towarzyszeniem gitar i różnych drobnych tzw. perkusjonali, których nazw nawet nie znam. Grał i śpiewał z zespołem pan Jahiar Azim Irani, muzyk perski, od 27 lat mieszkający w Polsce.


Na koncercie wykonywali muzykę bardziej dynamiczną, a do części utworów w stylu flamenco dołączała tancerka. Jan Jahir to bardzo wesoły, komunikatywny człowiek, bardzo sympatyczny. Poszłabym na taki koncert jeszcze parę razy:)

Innego dnia całe popołudnie i wieczór spędziłam z koleżankami na spotkaniu w restauracji. Parę godzin rechotu, opowieści i wymiany opinii minęło jak z bicza trzasnął, wróciłam koło 1 w nocy, a o 6.00 wstałam. Nie dla mnie czas skowronków:)

Byłam też w teatrze. Zaczęło się tak, że dwa miesiące temu przeczytałam książkę Marii Peszek "Naku*wiam zen", jest to coś na podobieństwo wywiadu córki z ojcem Janem, taka wymiana myśli, rozmowa. Książka mi się podobała. Nakręcona jej treścią natknęłam się na informację, że Jan Peszek przyjedzie do naszego dużego miasta ze swoją sztuką, więc natychmiast nabyłam bilet. I... nie podobało mi się. Sztuka była adaptacją "Czarnego Mnicha" Czechowa. W dużym uproszczeniu - w noweli bohater Andrzej Kowrin czuje jak w nim narasta szaleństwo, ale nie jest wcale z tego powodu nieszczęśliwy, a nawet wręcz przeciwnie. Jednak otoczenie i przyjaciel lekarz naciskają na niego, żeby coś z sobą zrobił i wrócił do normalności, więc jedzie na wieś odpocząć. Tam zakochuje się w nim Tania, córka gospodarza, z którą filozof się żeni. Jednakże po nocach widuje postać czarnego mnicha z legendy, więc rodzina uznaje go za pomylonego i oddaje do psychiatryka, gdzie leczony wraca do zdrowia, ale też na powrót czuje się nieszczęśliwy i w końcu umiera. Abstrahując od przesłania, oczekiwałam od aktorów tej klasy więcej niż nam na scenie dano. Oprócz Jana Peszka wystąpił jego syn Błażej w roli filozofa oraz synowa Katarzyna w roli Tani. Wszystko mi zgrzytało. Katarzyna 52-letnia kobieta grała rolę młodziutkiej Tani, eh, fatalnie to wyszło... brak było w tej postaci świeżości bohaterki, na scenie stała - proszę o wybaczenie - stara baba z poważnym głosem, a nie młode wiejskie rosyjskie dziewczę z lnianym włosem na głowie. Błażej Peszek w roli Andrieja był nieprzekonywujący, w ogóle nie zagrał tego co najważniejsze, że szalony filozof był szczęśliwy. Bez oddania tego faktu, cała sztuka nie miała sensu. Jan był narratorem, miotał się i kręcił tyłkiem na scenie. Obejrzałam całą sztukę, na szczęście była krótka. Po zakończeniu przedstawienia widzowie ledwo coś poklaskali i poszli do domu. Nie wywołano aktorów na scenę ani razu. No to chyba większość miała takie samo zdanie jak i ja:) Jakoś specjalnie za Peszkami nie przepadałam i nie przepadam nadal:)
Ale książka była dobra:)

Luty nie jest dobrym miesiącem na wycieczkowanie, przynajmniej dla mnie, ale żeby nie było, że stałam się jakąś domatorką, to wybrałam się na jeden dzień w Pradolinę Wieprza i okolice:) Teren bardzo ciekawy i ładny,  ale... oczywiście latem! Zimą jak wszędzie, tak i tu szaro i ponuro, słońca jak na lekarstwo pięć minut dziennie.  Na drugim blogu i napiszę o tych miejscach więcej, jak tylko znajdę na to czas. Teraz kilka surowych zdjęć z trasy. Zaczęłam od Kośmina. Tutaj znajduje się zabytkowy dwór Kossaków – miejsce urodzin Zofii Kossak, wybitnej polskiej pisarki.


 
Chata we wsi


Kaczki idą popływać w ślepej odnodze rzeki Wieprz



Markuszów - kościół Św. Ducha z lat 1608-1609. Mimo, że odbudowany po zniszczeniach, zachował pierwotny wygląd.


Rzeka Wieprz w Osmolicach, koło dworu


 
Zalane łąki


Klasycystyczny pałac w Sobieszynie wybudowany na przełomie XVIII i  XIX wieku .  Pałac stanowi część zespołu pałacowo-parkowego. Wszystko w podobnej ruinie, obecnie teren prywatny, zakaz wstępu.


Neogotycki kościół parafialny p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego. Został zbudowany w latach 1893-1896 i ufundowany przez Kajetana hr. Kickiego. Kościół zaprojektował warszawski architekt Paweł Wóycicki. Nieopodal kościoła znajduje się plebania z eklektycznymi elementami. Za kościołem fajny las:) A w nim kury:)



Przy kościele ciekawy grobowiec rodziny Balickich.


A w kościelnej ścianie, od tyłu, za kratką mieści się ... piwnica? No, piwnica, grobowa taka. Trumny Kickich tam stoją, hrabiów Kajetana i Marii znaczy się, tych od pałacu:)



Mały zalew na rzeczce Zalesiance w Pradolinie Wieprza, w tle pałac w Sarnach, niedostępny do zwiedzania. co prawda podjechałam blisko, popatrzyłam sobie przez bramę, jakaś fundacja tam jest, z tyłu jakiś zakład samochodowy czy blacharz, więc nie pchałam się dalej.


Ułęż - kaplica grobowa Janickich, na wzgórzu wśród drzew. Pochowano tu ostatnich właścicieli Ułęża.

        
Stawy w  Żabiance



Kościół w Żabiance na skraju skarpy wieprzańskiej.  Spod kościoła piękne widoki na stawy i łąki. Wnętrza nie widziałam, drzwi były zamknięte.


A dziś wieczorem nie robię nic. Może jaki film obejrzę. Miałam rozliczać podatki, ale strasznie się wkurzyłam jak zalogowałam się do urzędu skarbowego - mam prawie 1000 pln dopłacić ! To przez ten dziadowski nowy ład pisowski, co to zmieniał naliczanie podatków pięć razy w roku. Biorąc pod uwagę, że po polskim nieładzie muszę płacić 200 pln podatku więcej co miesiąc, to jestem zbulwersowana. Na pewno się teraz nie rozliczę. Zrobię to 30 kwietnia:) Zresztą, może się okazać, że system skarbowy źle te podatki liczy, bo już słychać takie głosy, i jeśli będą poprawiać, to na koniec kwietnia będę miała mniej (no, chyba, że więcej:) tego podatku do dopłaty. Bo pani księgowa w pracy przysięga, że liczyła dobrze.

Ale, żeby na koniec nie było o pieniądzach, to wspomnę jeszcze, że przeczytałam (oprócz wielu innych) arcyciekawą książkę Gustava le Bon "Psychologia tłumu". Facet nie żyje już prawie od 100 lat, książkę napisał 128 lat temu, a aktualna co do joty! Polecam, w empiku można zamówić za śmieszne 10pln. 

Poza tym mam się dobrze, czego też życzę tym, którzy może jeszcze mnie pamiętają i czasem zaglądają:) Ja do Was zaglądam, czytam, ale rzadko się odzywam.

Lutek bywa różnie zmienny: pół zimowy, pół wiosenny

Co prawda, jeszcze styczeń, ale luty tuż za progiem, minie godzina i wypchnie styczeń za drzwi :) Nie mam nic przeciwko temu, aby był pół wiosenny. A jaki był mijający styczeń ? Całkiem niezły, choć i parę wpadek zaliczył:)


Zakwitły mi hiacynty w doniczkach, jak pięknie pachną !

Generalnie czuję się lżejsza i - co za cud natury? - ostatnio wstaję koło 7.00 - czyli w środku nocy - bez budzika. Bo jak wiadomo, kładę się koło 2 w nocy. Czemu lżejsza ? Bo się rozruszałam fizycznie jeszcze bardziej i przy okazji schudłam nieco. Taki efekt uboczny:) Lżej mi też na duszy, bo wiosna idzie, a jak rozgłaszam wszem i wobec, zimy nie lubię.


Dzisiaj to już w ogóle - słońce wyszło, niebo było niebieskie, ptaszęta śpiewały i zdałam sobie sprawę, że nie pomyślałam jeszcze o uprawach:) Bo wiecie... dwa promyki słońca, a ja na działkę bym leciała:)
Z tego zachwytu nad perspektywą wiosny, rozebrałam wreszcie choinkę. Do tej pory udawałam, że jej nie ma i nie wchodziłam za często do pokoju, gdzie stała:)


Byłam na Śląsku na imprezie, wyjazd był kilkudniowy na zaproszenie znajomych obchodzących okrągłe urodziny, 40-rocznicę ślubu i przejście na emeryturę. A w ogóle, takie świętowanie to dla mnie  zaskoczenie, bo w naszym regionie nie obchodzi się tak urodzin. Jeśli już, to dzieci przyjdą, jakaś koleżanka na kawę i tyle. A tutaj na imprezie było około 30 osób. Jedzenia tyle, że nie dało się przejeść przez te ponad 10 godzin, co impreza trwała. Smaczna była kaczka, nieco dziwaczny deser jajeczny o nazwie szpajza, pyszne babeczki, zaskakujący tort przekładany galaretką z owocami, fajna sałatka ananasowa i jakaś marynata w strasznie kwaśnej zalewie, jeszcze mnie wykrzywia na samo wspomnienie:) Wszystkiego nie dałam rady spróbować, choć się starałam po troszeczku. Mimo niektórych dziwnych smaków, ogólnie jedzonko było smaczne. Nie było wcale ryb i mi powiedziano, że na Śląsku to oni ryb nie za bardzo...  Alkohol był, ale mnie nie interesował, wypiłam łącznie pół lampki szampana podczas kilku toastów. Były tańce, hulanki i swawole. Potańczyłam trochę i wynudziłam się setnie, bo przez ten czas mogłam zrobić tyle przyjemnych rzeczy, a nie wysiadywać na sali restauracyjnej:) Ale to tak tylko między nami się do tego przyznaję, bo oficjalnie twierdzę, że była to świetna impreza. Bo pewnie była. Tyle, że nie dla mnie takie rozrywki. Owszem, dwie godziny mogę posiedzieć przy stole włączając w to tańce, ale pozostałe 8 godzin to było już zanadto... Przed północą skwapliwie skorzystałam z okazji odwiezienia śpiącego dziecka do domu i umknęłam. Podobno goście rozeszli się przed 2 w nocy. Niestety, czas miałam podporządkowany imprezie, obiadkom, pogaduszkom i ogólnie siedzeniu przy stole,  i jedyne co zobaczyłam na Śląsku to dwie ulice na krzyż w Katowicach, w drodze na dworzec kolejowy:).




Dowiedziałam się też, że śląskim zwyczajem na każde okrągłe urodziny sprasza się mnóstwo gości i urządza imprezę na skalę małego wesela. Potwierdziła to inna moja wyjechana na Śląsk koleżanka, która też zaprosiła mnie na takie urodziny w lutym. Obawiam się jednak, że nie pojadę, bo akurat wypada mi pracujący weekend, a nie chcę go zamieniać na inny, bo w ten inny mam inne plany:) W walentynki idziemy bowiem na koncert muzyki i tańca flamenco. Aż piszczę z radości w duszy, bo bardzo lubię. I zaraz w weekend po walentynkach idziemy do teatru.

Natomiast na marzec upolowałam ostatnie bilety na koncert fado w wykonaniu Fabii Rebordão. Koncert odbywa się w ramach Siesty w Drodze Marcina Kydryńskiego. Niejako przy okazji przeczytałam jego książkę "Lizbona. Muzyka moich ulic", która mi się bardzo podobała - w ogóle sposób pisania i pojmowania świata przez Kydryńskiego bardzo mi odpowiada i mimo, że ktoś kiedyś zgłaszał jakieś pretensje do kilku zdań zawartych w jednej z powieści, szanuję go jako autora.

y

Oprócz codziennej rutyny czyli pies, bieg lub marsz, czytanie książek, jakieś koleżeńskie i rodzinne wizyty itp, gościłam też ... pana hydraulika:) Otóż pewnej nocy obudziłam się ze straszliwym pragnieniem, więc sięgnęłam po szklankę z wodą na stoliku. Wieczorem odsunęłam nieco stolik od łóżka, więc musiałam opuścić stopy na podłogę, aby dosięgnąć. I jaki szok przeżyłam, gdy moje stopy zanurzyły się w wodzie:) W nocy pękła rurka od kaloryfera i zalała mi sypialnię. W panice nie wiedziałam od czego zacząć, od zakręcenia wody, wyłączenia pieca, podstawiania miski pod kapiącą rurkę czy zbierania już wylanej wody. Ogarnięcie pobieżne sprawy zajęło mi ponad pół godziny, byłam mokra z emocji i pośpiechu:) Oczywiście o spaniu nie mogło być mowy, zresztą zbliżał się ranek. Czekałam byle do ósmej, aby zadzwonić po hydraulika - był piątek. I wówczas zauważyłam, ze jakimś cudownym sposobem jego numer telefonu ulotnił się z mojej komórki! Pamiętałam, że miałam jeszcze zapisany na żółtej karteczce. Karteczkę też wcięło! A nie myślcie sobie, że na wsi łatwo o usługi tego typu. Innego zresztą też. Na wsi każdy prawie wszystko umie i robi sobie sam. Ja nie. Po dwóch godzinach szukania (mój hydraulik nie ogłasza się w internetach, bo i tak z polecenia ma huk roboty) zrezygnowana zadzwoniłam do obcego znalezionego właśnie w sieci. Miał przyjść po południu. Nie przyszedł. Potem zapowiedział się na sobotę i też nie przyszedł. A w domu ogrzewania nie ma. A ja dojrzewałam. I dojrzałam do wymiany kaloryferów w domu. Miałam to robić tamtego lata, ale z pewnych przyczyn wtedy zrezygnowałam. W niedzielę kupiłam przez internet dwupłytowe Purmo, dołączyłam płaczliwy liścik, że potrzebuję tu i teraz, w poniedziałek potwierdzono, że będą o 8.00 we wtorek. Wpadłam na genialny pomysł, jak znaleźć mojego hydraulika (oprócz nachodzenia go w domu, bo wiem gdzie mieszka cztery wsie dalej) - pomyślałam, że może znają go w miasteczku w sklepie hydraulicznym - znali! Nawet długo nie musiałam go prosić, zrozumiał sytuację:) Zaraz po dostawie kaloryferów we wtorkowy poranek zjawił się z pomocnikiem i po południu miałam już śliczne bielutkie nówki sztuki nieśmigane powieszone w każdym pomieszczeniu i cieplutkie, co za ulga!:)
A co z podłogą ? No szczęśliwie to zalała się akurat ta podłoga co jest do zerwania, ta nieremontowana od zarania dziejów i już zniszczona. Zgodnie z planem ma być wymieniona w kwietniu czyli jak się cieplej trochę zrobi. Powinna wytrzymać do tego czasu, mimo zalania.

Jak się zrobi cieplej, to powtórzę też moją wycieczkę do Włodawy, bo wybrałam się w dzień nie grzeszący urodą, ciemny i zimny. 
Pierwszy cel - deskal Andrejkowa:)


A potem, jak po grudzie... W największym włodawskim kościele paulinów właśnie zbierali się żałobnicy na pogrzeb, głupio było tak wejść i się rozglądać..


Cerkiew w remoncie,  zakaz wstępu...


Remont także w zespole synagogalnym, nie można wejść nawet za bramę...



No to trochę się pokręciłam, wymarzłam, zjadłam coś w małej restauracyjce i wróciłam.





Pożytek z tego taki, ze jednak mimo zimna czas spędziłam fajnie, po drugie jestem już przygotowana pod kątem wiedzy i trasy na kolejny wypad do Włodawy:)
Teraz będę się kierować w stronę łóżka, poczytam ze dwie godzinki biografię Ireny Krzywickiej, napisaną po mistrzowsku przez panią Agatę Tuszyńską. Pani Tuszyńska pięknie umie oddać tło historyczne i obyczajowe, co jest równie ciekawe, jak fakty z życia opisywanych ludzi. 
No i tak sobie spokojnie żyję, czego i Wam życzę. Pogody ducha i wiele energii na pokonywanie drobnych życiowych przypadłości:) 

Styczniowa codzienność

Wyczaiłam okazję, Storytel za 17,50 pln full pakiet, jestem szczęśliwa, bo moja dotychczasowa aplikacja do audiobooków przestała mnie satysfakcjonować, wszystko z niej co wartościowe już mam przez te kilka lat odsłuchane, a nowości dodają wolniej niż słucham, poza tym dużo jest tam literatury przez malutkie l, co nawet nie wiem, czy literaturą można nazwać, bo chodzi o produkcje niejakiej Świst, Banach, Mirek, Rogozińskiego itp. Nie czytam tego typu książek. Co prawda mam ją za darmo, więc nie likwiduję, ale Storytel mnie na ten moment rajcuje, bo wreszcie mogę sobie do woli posłuchać opowieści Wajraka i pani Iwony Kienzler, którą kocham za jej książki biograficzno-historyczne. Oczywiście książki te można także czytać w postaci ebooka, ale ja do czytania mam mnóstwo papierowych. Te do słuchania są dla mnie idealnym rozwiązaniem na czas prania, sprzątania, jazdy samochodem, spacerów  psem i... biegania:) Tak, do biegania. Bo nieco biegam. Zależy od dnia i od pogody: od małej pętelki 2,5 km przez średnią 6,4 km, po dużą czyli 9,8 km. Tylko na tej małej dam radę cały czas biec, na tych dłuższych jest to marszobieg. Zazwyczaj zabieram psa, więc biegnę do czasu, kiedy musze się zatrzymać, aby poczekać na piesę, potem znów trochę biegnę i tak w kółko. Na tę krótką trasę jej nie zabieram. Biegam od dwóch tygodni, prawie codziennie. Mam trzy cele: nabrać kondycji, zrzucić nieco wagi (przez ostatnie dwa tygodnie kilogram mniej) i potrenować do Biegu Rzeźnika:) Mam takie marzenie, aby w czerwcu pobiec w Bieszczadach na 12 lub 16 km:) Oczywiście, jeśli zdrowie dopisze i nie okaże się, że siadły mi kolana lub kostki, które bardzo się przy bieganiu obciążają, a od zawsze to  były moje "pięty achillesowe". Na razie trwam w postanowieniu i mam nawet kilkoro kibiców:) Wspiera mnie syn i córka, i synowa, i bratowa, i kolega, i nikt mnie nie zniechęca i nie demotywuje, a nawet wręcz przeciwnie. Jestem im wdzięczna:)

W ostatni weekend  byliśmy w Lasach Janowskich na jasełkach w osadzie Kochany. Znów, jak w roku ubiegłym jechaliśmy jakąś dziwną trasą, bo tam trafić jest naprawdę trudno:) Jednak impreza wynagrodziła niedogodności drogi.

Zdjęcia z telefonu, wyszły jakie wyszły:)





Było bardzo wesoło, muzyka, duże ognisko, żywe zwierzęta - osiołki, wielbłądy, konie... drobny poczęstunek... dwie godziny jasełek i herodów. Oczywiście, najbardziej podobał się diabeł:)

Drugiego dnia pojechaliśmy do miasta na spacer i na coś słodkiego. Mnóstwo pięknych kawiarenek, pubów, restauracji. Zszokowała mnie kolejka na deptaku - około 30 osób ustawiło się do okienka pączkarni. Za dużo zachodu, żeby się w tę kolejkę ustawić, ale kiedyś trzeba będzie spróbować tych niewątpliwych pączkowych cudów, choć osobiście ich za bardzo nie lubię. 



Mimo to, któregoś dnia będąc w mieście kupiłam dwa pączki, choć nie planowałam. A było to tak, że poszłam do sklepu piekarniczego, a przede mną stał w kolejce jakiś starszy emeryt. Zapytał ekspedientkę, po ile są najtańsze pączki. Kiedy podała mu cenę, zawahał się i zrezygnował. I jakoś tak odruchowo bez zastanowienia zaproponowałam, żeby poczęstował się moim pączkiem, poprosiłam panią o dwa i wyciągnęłam pudełeczko do pana. Wtedy już zrobiło mi się gorąco ze stresu, bo przyszło mi do głowy, że może się obrazi, że poczuje się upokorzony. Najpierw się zawahał, więc postawiłam pudełeczko na stoliczku w kącie, usiadłam i powiedziałam, że zrobi mi przyjemność, jeśli zechce ze mną usiąść. Pan się namyślił, usiadł, zjadł pączka, coś tam pogadaliśmy o dżdżystej pogodzie i pan wyszedł, a ja podeszłam do lady i dopiero zrobiłam zakupy. Poniewczasie przyszło mi do głowy, że takie spontaniczne zaproszenie mogło być źle zrozumiane. Ale co to za czasy, że człowieka nie stać na jednego pączka, masakra jakaś!
Tego dnia byłam w mieście "po nic", jak to mówi  moja wnuczka. Poszłam się poszwędać po centrum, wygnał mnie jednak rzęsisty deszcz.













Pewnego zimowego dnia na niebie pojawiła się tęcza:)


A w domu mam wiosnę:)


No i tak mijają mi dni, niby nic spektakularnego, ale codziennie coś się dzieje. Jutro też dzień zajęty cały, bo po pracy zgodziłam zaopiekować się najmłodszą wnuczką, żeby oboje rodzice mogli spokojnie wyjść z maleńkim wnuczkiem na jakąś kontrolę zdrowia. A że chodzą do lekarza prywatnie do poradni na drugim końcu miasta, to ze trzy godziny im zejdzie. Już się zastanawiam, czym zajmę 4-letnią dziewczynkę w tym czasie:) Potem muszę wstąpić do budowlanego, bo wymyśliłam sobie inne fugi w podłodze w przedpokoju, mam w planie sama je położyć, trochę się stresuję:) Będę malować ściany w przedpokoju, więc tak przy okazji chcę poprawić  wygląd płytek ciemniejszą fugą. 
Tymczasem pora spać, bo jutro wstaję do pracy wyjątkowo o 5.30, to już za  kila godzin.
Jak zwykle, dobranoc i dzień dobry:)

Chyba kończy się zima (yupiiii..;) Przedwczoraj było jeszcze nieco pochmurnie, jak niżej, ale powali już topnieje śnieg, którego nasypało w ...