Kalendarz przeskoczył na luty, do marca 28 dni. I tej nadziei na lepszy temperaturowo czas się trzymajmy. Miałam na weekend jechać w Beskidy, ale niestety, majster od dzieckowej łazienki powiedział, że może przyjść tylko w sobotę i zgodziłam się na ten czas zająć maluchami. To sobie wymyśliłam, że w takim razie w niedzielę pójdę na grupowy 12-kilometrowy rajd z psami lub bez, organizowany w miejscowości odległej o 80 km. Obudziłam się nad ranem - na termometrze minus 29. No to rajd będzie bez psa, szkoda zwierzęcia. Budzik zadzwonił po 7.00 - ociepliło się - tylko minus 22:) Zadałam sobie pytanie: czy chcę jechać na taki mróz ? Mogę sama przejść proponowaną trasę wiosną, na pewno będzie przyjemniej w cieple i wśród zieleni... nie lubię zimy. "Przeleciałam" więc psa na dwór na 10 minut i wróciłam na godzinę do łóżka. Czy tak zaczyna się tzw. starość ? że nic się nie chce ?:) I tak oto spędzam niedzielę obłożona trzema kotami, z psem u stóp, w ciepłym domu przy lekturze książki "Ostatnia minuta. Pieszo rzez antropocen" Tomasza Ulanowskiego. Bardzo interesująca książka o ekologii, w której autor opowiada i pokazuje, ale nie poucza - każdy sam wyciągnie własne wnioski.
A żeby nie było, że "nic" nie robię, to przemeblowałam sobie dzisiaj mój buduar (że też wcześniej o tym nie pomyślałam, jest teraz znacznie wygodniej) oraz zmierzyłam wszystkie 6 par spodni wiosenno-letnich, jakie wczoraj wieczorem kupiłam w pewnym sieciowym sklepie na wyprzedaży. No, te czarne atłasowe to sztos! Wszystkie dobre, tylko dwie pary trzeba skrócić. Poszłyśmy jeszcze z piesą do lasu. Na termometrze minus 19.






