Już jest. Jeszcze nie wiadomo, co tam dla nas ma w bagażu, oprócz kolejnego roku zbliżającego nas do innego świata:) Pojawił się z mniejszym hukiem niż zwykle, koty i pies nawet nie zauważyły. Ja przywitałam go już w moim domu, dokąd udaliśmy się z koncertu, właśnie po to, aby zaopiekować się zwierzakami. Okazało się, że nie było potrzeby. Wstałam dziś o przed 11.00 po 7 godzinach snu. Pies wyprowadzony już w nowym roku nie domagał się rano spaceru. Zaliczyliśmy południowy spacer do lasu, a potem zaległam na kanapie. Nigdzie dziś nie idę, nikogo nie zapraszałam. Cisza i spokój.
Słucham muzyki Krzesimira Dębskiego, który wczoraj dyrygował koncertem. Siedzieliśmy tuż pod sceną, tuż obok Mistrza i opowiadając lub zapowiadając kolejne utwory czasami utrzymywał także i z nami kontakt wzrokowy, co było bardzo miłe:) Mogę powiedzieć, że patrzył mi prosto w oczy he he ...:) Mistrz na scenie okazał się bardzo charyzmatycznym człowiekiem, wulkanem energii. Przytupywał, podskakiwał, dyrygował, grał na skrzypcach i na fortepianie, śpiewał, robił za chórek dla solistów, i wciąż się śmiał i żartował. A ma 71 lat. Mimo to, emanuje z niego jakiś vibe, co powoduje, że - pomijając wszystko inne - nadal jest typem mężczyzny wartego grzechu:) Choć uważam, że mężczyźni nawet w moim wieku czyli młodsi prawie o 10 lat nie są warci jednego spojrzenia:) Brzuszki, łysinki, posapywanie z kanapy, poglądy pisowskie itp.... w tym przypadku to się nie sprawdza:) Fakty też potwierdzają, że pan kompozytor jest człowiekiem pełnym wigoru oczekującym wiele od życia, gdyż 2 lata temu mając pod 70-tkę rozwiódł się z żoną Anną Jurksztowicz po 30 latach małżeństwa z powodu młodej "prześlicznej wią... wiolączelistki lalala"..., którą uczynił matką:) Biedne dziecko...:)
Starczy plotek. Muzyka była fantastyczna, koncert długi, był sylwestrowy poczęstunek i nawet ja wypiłam lampkę szampana. Tak więc zakończenie roku odfajkowane z przytupem.
Od jutra szara rzeczywistość, ale w sobotę jadę na przedłużony weekend w Beskidy. Może nawet śnieg zobaczę:)
Jeszcze tyko zakupy internetowe dziś zrobię z branży bielizny damskiej i oponiarskiej:) Bo kilka dni temu, a właściwie nocą, złapałam kapcia. I to takiego potężnego, że opona nie nadaje się do wulkanizacji. A była nowa, ledwo miesiąc jeżdżona. Miałam koło zapasowe dojazdowe, podniosłam więc auto na lewarku i ... zonk! Za cholerę nie mogłam odkręcić śrub. No i skończyło się na pomocy technicznej, panu 10 minut zajął cały proces, a na następny dzień pojechałam na wulkanizację. Skończyło się na założeniu starej opony, bylebym chociaż dziecko mogła do domu odwieźć, bo miałam je na feriach świątecznych. W góry wolałabym już pojechać z nową.
Chce mi się gdzieś uciec, bo mnie okropnie wymęczyła druga połowa grudnia. Nie cierpię tej świątecznej gorączki, ale jednak jej ulegam i to jest wbrew mnie samej. Staję się spięta i zestresowana. Źle znoszę w domu gromady goszczących się ludzi, hałas i pozbawienie mnie codziennej rutyny. Od paru lat się odgrażam, że gdzieś na święta wyjadę, a potem szkoda mi zostawiać wnuczki, bo odwiedzanie babci we święta to już rytuał. Jak dla mnie, mogłyby mnie odwiedzić innego dnia:) W pracy też nerwówka, coraz częściej myślę, czy nie przejść na pół etatu, ale wtedy nie mogłabym zostać na tym stanowisku, musiałabym wykonywać bardziej męczącą pracę, gorszą po prostu, i to mnie powstrzymuje. Tak więc, o ile rok 2024 był dla mnie całkiem niezły, to ostatnie dwa tygodnie dały mi popalić.
Zatem kontynuuję wylegiwanie się...
Szczęśliwego nowego rokiu.


