Pewnie zaraz znowu lunie... byle powoli i nie cała woda z nieba naraz:)
Przed moim wylotem na Kretę i przed wypadem na Ukrainę, deszczu wypatrywaliśmy w okolicy bezskutecznie całymi tygodniami. Działkę mam kawałek od domu, więc nie mam nawadniania z sieci domowej, musiałam biegać z konewkami przynajmniej do papryki, ogórków i pomidorów. Niestety, podczas moich kreteńskich wakacji tak dowaliło suszą, że połowa działki wyschła. Potem jeszcze tydzień ratowania co się da (pomidory koktajlowe odżyły i papryka też, ale ogórków zostało tylko trzy krzaki), z nieba waliło żarem i wreszcie kilka dni temu spadł długo oczekiwany deszcz. Rzeka przybrała tak (i trzyma nadal), że stopień tworzący malowniczy wodospad jest teraz pod wodą. Wylała się szeroko i woda zasłoniła brzegi, w niektórych miejscach przelewa się na łąkę lub na bagienko. Podtopienia nam nie grożą, to mała rzeka i około 500 m od zabudowań.
Dach mam piękny i nowe rynny, więc deszcz mi niestraszny, a ziemia bardzo go potrzebuje po długim okresie suszy.
Czas nieco inny niż zeszłoroczny. W kwietniu kwitły kasztany, pod koniec maja zaczęły kwitnąć lipy i raczej do lipca nie wytrzymają. Kwitną obficie i obłędnie pachną. Dojrzały czerwone i czarne porzeczki, a moje późne sierpniowe maliny mają już pierwsze owoce. Boję się, że pod koniec lipca zacznie się jesień:)
Wczoraj pracowałam zawodowo, a po pracy także kilka godzin na działce, więc ten weekend mam jednodniowy. W okolicy tak dużo się dzieje, że dzisiaj nie mogłam się zdecydować, co wybrać i gdzie pojechać. Osiołkowi w żłoby dano...:) W końcu jednak pomyślałam, że nie za bardzo chce mi się przebywać wśród ludzi, zatem wyprowadziłam rower i pojechałam w pola. W piękne letnie pola...
Przejechałam tak, wg licznika, 43 km. I podziwiałam krajobraz, i słuchałam śpiewu ptaków, i zaglądałam na skraj lasu, a tam... pyszne i słodkie poziomeczki.
Ale też i dziwiłam się. Otóż wśród tych pół i lasów znalazłam małe wioski. Bez dojazdu utwardzoną drogą. Wszędzie daleko, droga co najwyżej szutrowa lub ziemno-szutrowa, często z wybojami. Niektóre domy całkiem nowe, ale też wiele bardzo starych, pewnie ponad 100-letnich, w najróżniejszym stanie. Niektóre od dawna nie zamieszkałe, porzucone, obrośnięte chaszczami, niedostępne, z przełamanymi dachami, zawalonymi kominami... niektóre w jako-takim stanie nadal zamieszkałe przez mieszkańców, niektóre odpicowane robią komuś za letnisko. Okolica wcale nie biedna. Ogromne pola, sady jabłoniowe i orzechowe, przed nowszymi domami ładne samochody. Natknęłam się na dwa gospodarstwa typu rancho i jedną alpakarnię, tam, gdzie w ogóle bym się tego nie spodziewała. Przed wjazdem po kilka, może nawet po 10 aut z klientami. Jak widać, można żyć także z dala od szosy:)
No i tak to... zaczęło padać zgodnie z moim życzeniem, powoli i delikatnie:) Jeśli rano będzie pogodnie, znów popracuję na działce, posadzę fasolki szparagowej na późniejszy zbiór i dosieje kopru, rukoli i buraków. Będą "młode" do końca jesieni:)
Jeśli ktoś jest ciekaw, co robiłam przez miniony miesiąc, to zapraszam na UKRAINĘ (1 wpis) na KRETĘ (trzy wpisy) i LUBELSZCZYZNĘ (trzy wpisy).
Niestety, wyjazd do Rumunii na koniec czerwca nie wypalił, zebrała się zbyt mała grupa, więc staram się wbić na kilkudniowy wyjazd w ukraińskie góry w lipcu, też impreza jeszcze nie potwierdzona, zbierają się chętni.
No i tak leci czas, każdy dzień zajęty codzienną rutyną, czytaniem książek, zabawą z wnukami (nocowała u mnie najmłodsza pierwszy raz sama, bez rodziców:), rowerowaniem i innymi drobnymi przyjemnościami. Sprawia mi przyjemność możliwość zjedzenia śniadania w ogródku, pobujania się na hamaku albo na huśtawce, pospacerowania z psem miedzami wśród pól. W piątek byłam nad Bugiem i w fortach twierdzy brzeskiej, o tym jeszcze napiszę na drugim blogu - tam jestem częściej.
Jest dobrze.
Czego także wszystkim innym życzę:)






